2012
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
Dzień Matki

Zaczynam być już zmęczona. Lodowato wietrznym Kgiem, depresją matki i tym, co wciąż z obu tych kwestii wynika. Jak się to przekłada, jak mnie dotyczy i dezorganizuje mi życie oraz odbiera spokój ducha.

Na początku zmrusztławiła mnie informacja, że mam się stąd wynieść najdalej w środę i pilnować rancza do połowy czerwca, bo ciotka – rezydentka wyjeżdża wcześniej i na dłużej, niż było ustalone, ale w sumie zaczęłam być za. Nawet więcej, o ile będzie to możliwe, postaram się siedzieć na wsi jak najkrócej, i potem już nie wrócę nad morze, tylko ewakuuję się do Wro.

Acz nic dobrego tam na mnie nie czeka, bo przecież małżonek podczas mojej miesięcznej nieobecności nie popchnął remontu ani o milimetr i nie mam też co liczyć, że do mojego powrotu cokolwiek tej sprawie się zmieni.

Ogarnia mnie niedobre acz niemylne wrażenie, że w ogóle tylko z tym dzieckiem pod pachą uciekam, a tak naprawdę nie mam gdzie spokojnie się podziać. 

H. namówił mnie wczoraj na wynajęcie kosza i to była bardzo słuszna decyzja. Słońce jest piękne, ale Arktyka przewiewa na wylot. Na deptaku ludzie w kurtkach, za wydmą tłum w strojach plażowych, ale już nie daj boh wychylić choć głowę zza węgła. W koszu – bajka. Zdaje się, że pójdziemy na to znowu. Kto by pomyślał. Bo, serio, w życiu nie robiłam takich rzeczy. 

Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn Cafe Kulturka wciąż nie splajtowała. Tzn. bardzo się cieszę, bo to jedyne takie miejsce w mieście, a przynajmniej nie znalazłam podobnego. Żeby można było siedzieć godzinami i czytać stare „Nationale”, a dziecko siedzi w specjalnym kąciku i zafascynowane się bawi. Pyszna szarlotka, z kaszą manną, dziewczyny same ją robią, polecam. I blisko nadmorza i niedrogo. Tyle, że w życiu nie widziałam tam żadnego klienta. Przychodzą liczni krewni i znajomi, ale żeby ktoś, prócz mnie, za cokolwiek tam płacił… Więc nie wiem. 

Są jakieś Dni Polskich Miast Hanzeatyckich, czy coś w tym rodzaju. Młody dostrzegł przygotowania przy centrum kultury i zapalił się do pomysłu posłuchania szant. No dobrze. Tańczył, klaskał. Jutro przyjeżdża Puszek Okruszek. Czy jestem na to gotowa? A!A!

Przed wyjściem na recital: Ja: „Jeszcze nie idziemy, kocie. Wypiję herbatę i wtedy. Na razie są nudy na pudy, wstępy, gadki szmatki”. H. odczekał grzecznie zrezygnowany, choć strasznie go rwało. Gdy wreszcie dałam hasło do wyjścia, potrzebował doprecyzowania: „Już skończyli czyszczenie?”. Zawiesiłam się na dobrą minutę, wertując w głowie, o co też może mu chodzić. Bo patrzył na mnie z pełnym przekonaniem. No tak. 

 


mignona 2012-05-26 00:11:10

Bieżące

Na diecie, jak na diecie, zdecydowanie obniżony poziom nastroju. Życie bez cukru i tłuszczu nie jest wesołe. I cierpliwości mniej. 

Któregoś dnia zaszłam z młodym do mieszkania na obiad i zaraz chciałam znów gdzieś iść, ale jadł przez niemal dwie godziny. Boszz. Jeśli przy nim siedzę gada, gada, gada, jeśli wychodzę do innego pomieszczenia, głównie gapi się w przestrzeń. Wprowadziłam zasadę, że posiłek trwa pół godziny. To i tak długo. Przynoszę zegarek, ustawiam budzikową wskazówkę na za 30 min., żeby H. widział, ile czasu mu zostało i cały czas o tym przypominam. O ustalonej porze zabieram talerz, nieważne, ile zjadł.

Ad. diety - czuję się w jakiś sposób głupia, sama przed sobą, bo widzę chudą matkę i szczerze, wygląda kosz mar nie. I że odbieram sobie życiowe przyjemności, podczas gdy po co, skoro nic się na to nie przekłada, nie, że ktoś mi zapłaci za tę lepszą sylwetkę, czy cokolwiek. Śmieszne jest, że w obiegowej opinii trzymanie linii, płaski brzuch, to synonimy sukcesu. Myślę o swoich bólach brzucha. Że kto wie, może mam tam coś podobnego, jak ojciec. I zamiast korzystać ze wszystkiego, póki mogę, stawiam sobie ograniczenia. Że to nie ma najmniejszego sensu.  No ale.

Dwa razy odwiedziłam z H. ciotkę, siostrę ojca, która załatwiła sobie sanatoryjny pobyt w Arce. Całe trzy tygodnie, z przyjaciółką, w maju, na NFZ, cwaniara.

Normalnie olałabym ją, ale chciałam zobaczyć, jak wygląda Arka od środka, jakie tam mają pokoje i tak dalej. Małe. Jest, co trzeba, wiadomo, lecz. Jak z ich balkonami, no są, ale to wszystko, co dobrego można o nich powiedzieć.

Ciotka narzeka na jedzenie, że mało, że dwie godziny po posiłku jest głodna, że nieładnie podane i że deprymujące jest, iż stołówkę dzieli przepierzenie, za którym jedzą Niemcy, którzy mają szwedzki stół, a co za tym idzie, mogą się najeść do syta i to bardziej urozmaiconym żarciem. A w okolicy tylko jeden kiosk spożywczy z zawyżonymi cenami. Że kombinat, wielka masa sunąca do jadalni i z powrotem, zapchane windy. I że każdego dnia ma zabiegi do 14tej, a kolację o 17tej, więc nie ma możliwości porobić nic ciekawego poza ośrodkiem. 

Z plusów, zachwycona jest bazą zabiegową, uprzejmością personelu, wysokim poziomem usług i wystroju gabinetów. Generalnie zdecydowała jednak, że, żeby przyjazd nad morze miał sens, tzn., żeby mogła się nim nacieszyć, lepiej byłoby siedzieć w apartamencie matki, a zabiegi sobie wykupić i tyle.

Spoko, plotka głosi, że Arka rozwiązuje umowę z NFZ, bo podpisała z Irlandczykami i kimś tam i będą przyjeżdżać dziani zagraniczni goście, dziadki z funduszu won.

Ciotka wybiera się do Trzebiatowa na groby. Wybiera się i wybiera, dojechać nie może, piętrzy trudności, a z drugiej strony, stale o swym zamiarze opowiada. 

Zadzwoniła do niej jakaś moja kuzynka z pytaniem, czy już była, bo stoją kwiaty i znicze. Ciotka opowiedziała mi o tym zdziwiona. Odparłam, że to rzeczy po mnie. Mina ciotki… Jej mina… Drodzy Państwo, zamarła, a potem pochyliła się do przodu z wyrazem tak bezbrzeżnego zdumienia, że nie wiedziałam, jak zareagować.

Zapytałam potem matkę, o co chodziło. Rzekła, że tamtej w głowie się nie mogło pomieścić, że skoro jej nie chce się pojechać na grób rodziców i siostry, mi mogło na grób dziadków i ciotki. Że to musiało być dla niej niepojęte, jakby krowa przeskoczyła księżyc.

Dwa razy byłam z H. w kawiarni obrotowej, z czego raz siedzieliśmy tam całkiem sami. Jak fajnie. Zdarzyło mi się, że nie było w niej wolnych miejsc, ale w drugą stronę jeszcze nigdy. 

Poszliśmy na wyprawę do Ustronia, tą ścieżką niby tylko dla rowerów. Na poziomie lotniska H. zwątpił i zażądał powrotu. Od początku lotniska do Ustronia, obok ścieżki rowerowej, jest też bez łaski normalny chodnik dla pieszych.

Innego dnia pojechaliśmy do Ustronia z zamiarem przejścia do lotniska, ale w trakcie nam się odechciało. Komary, a jak raz była pogoda, więc na plaży fajnie. 

Kurczę, w Ustroniu jest jednak zupełnie inaczej i nie mam na myśli grubszego piasku. Raptem z 10 osób na plaży. Cisza, spokój. Mogłam puścić syna luzem i zatopić w myślach, a nie, że oczy na około głowy.

Gdyby nie to, że w Kgu mam luksusowe darmowe lokum, zdecydowanie wybierałabym mniejsze miejscowości. Acz, fakt, plusem Kgu jest to, że w razie złej pogody ma się więcej możliwości spędzania czasu. Z trzeciej jednakowoż, wszyscy mówią, że te koszmarnie zimne wiatry są głównie tu.

Na oko fajne, nowoczesne domki wygodami, na granicy z Ustroniem, nad samym morzem, tylko wydmy oddzielają: Ośrodek Promyczek; Sianożęty; ul. Promenada 2; tel. 697 173 300; www.promyczek-domki.pl. Ośrodek Dimena; Sianożęty; ul. Promenada 3; tel. 600 377 392

Lepsza pogoda zaczęła się od soboty. Z nacka, bo nic jej nie zapowiadało. I tak trzeba jednak uważać, bo np. w niedzielę do obiadu był upał, a potem, nagle, jakby ktoś pstryknął włącznikiem, zaczął wiać bardzo zimny wiatr. Dziecko momentalnie pokryło się gęsią skórką i zaczęło się trząść. Wywalanie ciuchów z plecaka, błyskawiczne ubieranie, exodus z plaży. 

No nic, dzieciństwo, to dzieciństwo. Uważam, że młodemu należy się grzebanie w piachu, kopanie dołów, budowanie zamków, noszenie wody w wiaderku i tak dalej.


mignona 2012-05-23 11:47:33

Z opowieści mojej ciotki, ale innej

Ja ci powiem. Ty tego nie wiesz, nie wiesz tego, ale ja ci powiem: twoja babcia miała trzech braci. Twój ojciec był podobny do jednego z nich, dlatego dostał tak, jak on na imię. Drugiego w legionach zabili, w Puszczy Nalibockiej. Jaki to był piękny chłopak, jasny, oczy niebieskie. Bo z tatusia mojego rodziny, to wszyscy byli smagli i ja po nich, a od mamusi, to jaśni. I ten młody dwadzieścia cztery lata miał i poszedł na zabawę, a tam miał dziewczynę, która mu się podobała. Ale innemu podobała się też. I wracał z tej zabawy przez pola. Bo tam wszędzie były pola, ja pamiętam. Ludzie w takich zaściankach, nie wioskach mieszkali, bo to nie była biedota. I on szedł i martwił się, kogo ta dziewczyna wybierze, aż nagle śmierć na niego wyskoczyła ze zboża. Tak. I zaraz potem umarł, to się nazywało galopujące suchoty. I dlatego nasza mamusia, znaczy twoja babcia, zawsze namówiła: „Pamiętajcie, żeby nigdy się niczym nie martwić".


mignona 2012-05-22 18:44:13

Archiwum zostało zamknięte na głucho, uprzejmie proszę nie pisać w sprawie hasła

W innych kwestiach: onlesaura@wp.pl