2010
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Cieśnina Cooka
01.02., w poniedziałek, przewieźliśmy się do Hanmer Springs, na baseny. Jak wiadomo, lubimy, zaznaczyłam więc w przewodniku dwie takie atrakcje, po jednej na każdej z wysp. Było wspaniale. Rewelacyjne i urokliwe miejsce. Mnóstwo zieleni, tropikalna atmosfera. Ludzi akurat w miarę, baseny w rróżnych rozmiarach, niektóre malutkie i o różnej temperaturze, ale, prócz pływackiego, wszystkie bardzo ciepłe. Trzy siakowe, cuchnęły przewidywalnie, ale, jak stale powtarzam Mrówce, jesteśmy w Nowej Zelandii, musimy próbować wszystkiego, nie ma, że boli. Ra i dwa. Do wyboru knajpka do piosiedzenia, albo fast food. Liberalne zasady, można wnosić własne jedzenie (jest oficjalna strefa piknikowa), a nawet gitary. Spróbujcie czegoś takiego w Tatralandii. Minusy trzy - ostrzegano przed pszczołami i faktycznie krążyło ich sporo, szczególnie w pobliżu siaki. Dlamnie pszczoła, to śmierć, więc; brak bąbelków, ani jednego jaccuzi, nic; słabe zjeżdżalnie. Bilet podstawowy, całodzienny, jedno wejście, kosztuje tylko równowartość 28 zł. Dodatkowa opłata za możliwość jednokrotnego opuszczenia tereny basenów rownowartość 8 zł., za zjazdy dodatkowe 12 zł. Mrówka wykupił wejście na zjeżdżalnie, wiadomo, ale okazały się nie warte złamanego grosza, źle skonstruowane, niebezpieczne. Za to cała reszta super i spędziliśmy tam naprawdę świetne popołudnie. Istnieje możliwość wykupienia basenu prywatnego, w budynku, za zamknietymi drzwiami. Pół godziny za 48 zł./os. Widziałam, że korzystały z tego rodziny wyznania islamskiego. Ponieważ nowozelandzkie słońce jest wiadomo jakie, a tu ciała prawie nagie plus woda, od której promienie się odbijają i przyspieszają opalanie, pilnie smarowałam się kremem przeciw oparzeniom słonecznym. Co godzinę, półtorej. Mrówka zezwolił na posmarowanie się na początku i na tym zakończył. Stwierdził, że chce się trochę przypiec, więc nie będzie się przesadnie zabezpieczał, tyle, że postara się pozostawać w cieniu. Mhm. Witamy poparzone ramiona, bąble i radość o poranku. Jak z dzieckiem, dosłownie, jak z dzieckiem. Spaliśmy na plaży nad oceanem. Tak co 50 metrów karawanka. Na początku niepewnie się tam czułam, bo co z pływami? Małżonek przekonał mnie, że skoro stoimy już na trawie, znaczy, woda nie dochodzi. No dobrze, na sztorm się nie zapowiadało, więc dałam się uśpić falom. We wtorek, 02.02, odsłoniwszy okno ujrzałam w morzu ciemne kształty. Wynurzały się i znikały. Delfiny, albo foki. Dużo. Blisko od miejsca naszego noclegu przy szosie stał znak "Uwaga, foki na jezdni", a zaraz za nim był punkt podglądania ich. Jak fajnie! Focze mamy nadzorowały dzieciaki pluskające się w skalnym stawki, panowie porykiwali do siebie, jak to samce. Dojechaliśmy do Picton, zrobiliśmy małe zakupy, przeszłam się po galeriach, bo czas zacząć wypatrywać podarunków dla moich rodziców. Ceny mnie przyblokowują. Może w Auckland? O trzynastej mieliśmy przeprawić się do Wellington. Do abordażo kazano stawić się najpóźniej godzinę wcześniej. Czekaliśmy w kolejce, jedliśmy kanapki i zgodnie stwierdziliśmy, że taka przeprawa nie zachęca. Dla nas punkt wycieczki, ale dla miejscowych cała wypawa, za każdym razem pół dnia w plecy (prom płynie trzy godziny, potem jeszcze zjazd na ląd, też w korku). Nie zdziwliło nas zatem później, że wyspy tak bardzo różnią się od siebie stopniem ucywilizowania. Kto nie musi, nie pcha się na południową i tyle. Widoki na Marlborough Sounds? Chyba już jestem zblazowana. Mrówce się podobało. Kiedy wypłynęliśmy z zatoki na otwartą cieśninę poszłam do środka, bo wiało. W zasadzie, jak zwykle, miałam podejście - dopłyńmy do celui wyjdźmy stąd. Nie bujało, nie cierpiałam. Słynne ryczące czterdziestki byly tego dnia łaskawe. W Wellington miałam mały szok kulturowy, bo po tylu dniach na prowincji nawet tak małe miasto z wieżowcami trolejbusami i wielopasmowymi drogami waliło mi się na głowę. Szynową kolejką wjechaliśmy (pokutuję, tak?) do ogrodu botanicznego i tam dopiero odetchnęliśmy, tam było jakby normalnie. Okazało się, że Mrówka chętnie by zwiedził słynne muzeum Te Papa, co mnie bardzo zdziwiło, ponieważ sama w ogóle nie byłam zainteresowana. Zamykali je na szczęście na tyle wcześnie, że musielibyśmy specjalnie zostawać w W. do następnego dnia, żeby je obejrzeć, więc mi się upiekło. Muzeum? W NZ? E tam. Na aucie zastaliśmy mandat za parkowanie w niedozwolonym miejscu. Nie zauważyliśmy informacji, że parking, na którym stanęliśmy, był nieczynny z powodu remontu. Acz otwarty. Teraz ciekawi nas, co będzie. Termin zapłaty upływa już po naszym wyjeździe z tego kraju, a kartę kredytową, którą Mrówka wyrobił specjalnie na podróż, zaraz po powrocie zastrzeże, bo mówi, że musiał podawać jej numer w zbyt wielu miejscach, by mógł jej ufać. Powinno być tak, że gdy klient przyjeżdża zdać auto, Jucy loguje się na stronę policji i sprawdza, czy samochód o danych numerach rejestracyjnych nie został obciążony mandatem w czasie wynajmu. Może w przyszłości. Tymczasem z ulgą pożegnaliśmy Wellington i odjechaliśmy skołowani ruchem na autostradzie - prawdziwej, po dwa pasy w każdym kierunku, czasem nawet trzy. Aut było naraz tyle, ile na południu widziało się przez kilka dni z rzędu i wszyscy wykazywali niezwykły pośpiech, niebezpiecznie wyprzedzali, słowem, jechali agresywnie. A my, kmiotki z południowych rubieży, z tych łąk zielonych... Nie byłam przygotowana na to, że tak szybko się ściemni. Niby byłam świadoma, że przemieściliśmy się sporo na północ i jeszcze nieco na wschód, ale nie mogłam przyjać tego do wiadomości. Dni są do oporu długie i kropka. Zonk.O dwudziestej pierwszej była noc. Szukaliśmy spania po ciemku. Jakieś przepaście, zakręy, żałowałam, że nie jestem tam w dzień, bo z pewnością były piękne widoki. Wreszcie trafiliśmy na zajezdkę pod skałą. Nic szczególnego, ale nie było sensu jechać dalej. Miałam humor do bani. Zmartwiło mnie, że nie mieliśmy zasięgu, chciałam zadzwonić do dziecka, nastawiłam się na to. Nie telefonujemy do niego codziennie, żeby nie był rozczarowany, jeśli tego nie zrobimy, a często jesteśmy w głuszy i nie możemy się połączyć. Z powodu dwunastogodzinnej zmiany czasu mamy z nim bardzo mały wspólny odcinek doby. Kiedy my wstajemy o siódmej, on właśnie o dziewiętnastej idzie spać. A kiedy u nas jest wieczór, musimy trafić w czas, kiedy już się obudzi, żeby nie zerwać niepotrzebnie na nogi rodziców. I właśnie w tym momencie musimy mieć zasięg. Poza tym dzwonienie, to cała procedura. Głównie wysłuchujemy komunikatów w różnych językach. Czasem połączenie rwie się konsekwentnie po kilku sekundach. Bardzo przykre, to znaczy, martwię się, że to niedobre dla dziecka. Są trzy metody dzwonienia: Vodafone, Vodafone + scype i tradycyjna, najdroższa, ale najmniej rwie. Z uwagi na chwię spokoju czas napisać o: Małych kościołach, jak dla liliputów. Europejczycy muszą przeżyć zdziwienie. Coś o rozmiarach polskiego kościoła w małym mieście tu nosi miano katedry i jest wymieniane w przewodniku jako atrakcja, a zwykłe kościoły wyglądają jak żart, jak nasze kapliczki, albo miniatury. Mało ludzi, małe miejsca kultu, ale chyba nie tylko o to chodzi. Licheń jest mały, a wybudował gmaszysko, które widać zkilkunastu kilometrów. Tu widocznie podchodzi się do sprawy użytkowo - jest nas pięćdziesięcioro zróbmy kościół na tyle miejsc i wracajmy do owiec. Paleniu gumy, jako sporcie narodowym. Szczególnie na wyspie południowej. Szosy na długich odcinkach poznaczone są szlaczkami zygzakującymi od prawej do lewej krawędzi. Ewidentnie mnóstwo osób bawi się w ten sposób, szczególnie chętnie na stromiznach. Rzeźnych sarnach. Prawdopodobnie większość z Państwa zweryfikuje to w internecie. Też bym sprawdziła, ale serio. Masowo hodują tu jakieś sarny. Umówmy się od razu, nie odróżniam tego. Jelenie mają rogi, facetka jelenia to łania, facet sarny to koziołek, coś tam. Zamieszanie, nie interesuję się tym. W każdym razie tu wypasa się różne, mniejsze,większe, z rogami i bez. Na ogrodzonych pastwiskach, jak krowy. Tylko, kiedy widzi się krowy, można sobie wmawiać, że to dla mleka, owce, że dla mleka i wełny. Tu już samooszukiwać się nie da. Dla kogoś wychowanego w szacunku dla leśnych zwierząt jest to dosyć dziwne uczucie. Zniewolone? Pasione? Rzeźnia saren? Gwóźdź w czaszkę? Owszem, w Polsce są myśliwi oraz kłusownicy. Ci ostatni to najgorsze zło, bo zwierzę męczy się godzinami, czasem zamarza, więc lepsz już szybka egzekucja na farmie. Ale, nie usprawiedliwiając jednego, trudno mi się pogodzić z drugim. Sarny na ogrodzonych łąkach? Zero wolności, zero lasu. To wynaturzone. Tak, wiem, "obce strony", dystans. Skrzynkach na listy. Są rewelacyjne. Stoja przy drogach, jak na amerykańskich filmach, częsti kilka obok siebie, ale każda inna. Jeśli w skrzynce jest przesyłka, listonosz podnosi czerwoną chorągiewkę doczepioną do skrzynki. Niektóre nie mają takiej sygnalizacji. Można by zrobić cały album z fotografiami skrzynek. Są przeróżne, dowód inwencji gospodarza. Od małych, po takie, które mają wielkość psiej budy. Okrągłe, zrobione z beczek i eleganckie, ze sklepu. Czysto funkcjonalne, olane, ledwo sklecone z desek, albo dopracowane, kolorowe, w kształcie krów, owiec, koni. Nadnaturalnej wielkości posąg damulki w sukni, kapeluszu, pani opiera zalotnie rękę o biodro, z łokcia zwiesza jej się torebka i ta torebka to skrzynka. Drewniany dziadek, tłuste dziecko, auto, cokolwiek, Co właściciel wymyślił. Wspaniałe. Sztuka skrzynkowa. Gospodarstwa z reguły są oddalone od jezdni, więc może to takie "halo" do świata? Tu i taki jestem! Niestety, nie mam zdjęć, bo trudno mi wymagać od Mrówki,by szukał postoju, albo zawracał, ilekroć spostrzegę interesującą skrzynkę. Może w przyszłym życiu. O braku pieszych. W małych miastach od niechcenia ktoś jeszcze się rusza, choć, ponieważ budowanę są na modłę - centrum to jedna długa ulica, nawet tam raczej się podjeżdża, bo od fryzjera do bankomatu potrafi być parę kilometrów. Na wsiach pusto zupełnie, na zasadzie: "Rety,zobacz, człowiek idzie!". Chciałam sfotografować nazwę miejscowości - Eureka, ponieważ ktoś przy każdym napisie dostawił "!". Mrówka stanął w pierwszym możliwym miejscu, ale musiałam kawałek się wrócić. Troskliwe dziadki zatrzymały się, żeby spytać, w czym mi pomóc, bo przecież to takie dziwne, że ktoś idzie. O zakazach wstępu dla psów. Psy tu mają przekichane. Nigdzie nic im nie wolno, nawet na smyczy. Kiwi - ludzie mają im za złe, że zjadają kiwi - nieloty, a co poza tym, nie wiem, ale naprawdę, mieć psa w tym kraju, to porażka.
mignona 2010-02-06 12:07:05

O kłótni, górach i karawanseraju
Sobota 30.01. była bez sensu. W dużej mierze z mojej winy. Ponieważ byliśmy zakwaterowani na prawdziwym kempingu postanowiłam uprać ręcznik. Normalnie co wieczór robię małą przepierkę, bo nie wzięliśmy dużo ubrań, ale trudno uprać ręcznik kąpielowy w zlewie, a w Jucy dali nam tylko dwa. Mrówka nie zaoponował, ale potem zrobił mi awanturkę, że zamiast raźno się zebrać i wyjechać, grzebaliśmy się. Że cóż to za wymysł, robić śniadanie na talerzach, które, potem trzeba myć i wycierać. On może jeść prosto z puszki. Zarzucił mi, że jestem jak moi rodzice. Narzekam, że kiedy jeździliśmy rodzinnie na kempingi, spędzaliśmy na nich całe dnie, zamiast dziekolwiek iść, coś zwiedzać, a teraz robię to samo. Oczywiście było to niesprawiedliwe i od czapy. Złościł się i chciał mi dokopać, to wszystko. Dotarliśmy do Dunedin. W pierwotnym założeniu mieliśmy tam przez cztery godziny jechać starym pociągiem do i z wąwozu Taieri. Taka lokalna atrakcja. Sama ją znalazłam w przewodniku i zaznaczyłam z wykrzyknikiem, że coś dla Mrówki. Niuans w tym, że ja wcale nie lubię jeździć czymkolwiek, szczególnie bez celu i za dużą kwotę. Najbardziej ucieszyłoby mnie, gdyby on się przejechał, a ja mogłabym w tym czasie pochodzić po mieście, pooglądać ludzi, iść do knajpki. Ale, jak wiemy, nie uznaje tego. Musimy razem, kolonia. Już poprzedniego dnia zaczęłam więc nie fair kampanię pt. "Czy naprawdę tego chcesz?" Z osiem razy podkreśliłam, że to ciekawe tylko dla niego, że kosztuje tyle, a tyle i że trwa aż cztery godziny. Na początku małżonek nie wypowiadał się jednoznacznie, zwlekał. Wreszcie, przyciśnięty, powiedział, że nie chce jechać pociągiem, ale chce go sobie obejrzeć. W Dunedin, przed dworcem, byliśmy może z dziesięć minut przed odjazdem pociągu, bo karawanseraj nie wyciąga więcej, niż sto na godzinę, raz miał sto dwadzieścia. Wkrótce po odeździe pociągu Mrówce pogorszył się humor. Musieliśmy się pokłócić i wynieść z miasta, nim do końca sprecyzowaliśmy, o co poszło. Ja uświadomiłam sobie i przyznałam się do tego, że mimo, iż sama wynalazłam tę atrakcję, ostatecznie chciałam nie jechać, a ponieważ wiedziałam, że on nie pozwoli mi zostać samej, doprowadziłam do tego, że też się nie wybrał. On natomiast uświadomił sobie i przyznał, że zależało mu na podróży tym nieszczęsnym pociągiem. Ponieważ jednak tak go stopowałam wymyślił, że przyjedzie do Dunedin, obejrzy pociąg i wtedy może zbierze się na odwagę, żeby zawalczyć o przejazd. Nie zdołał, bo znaleźliśmy się na stacji dość późno. To dlatego tak się złościł, że grzebałam się na kempingu, chciał mieć na stacji dużo czasu przed odjazdem pociągu. Gdyby był pewny siebie i zdecydowany, zdażyłby kupić nam bilety i pojechalibyśmy. Gdybym ja była normalnie asertywna, zamiast robić podchody, wcześniej ustaliłabym, że on jedzie, ja nie i kropka. Zamiast tego wyszła kiszka z chrzanem. Jakie to głupie. Oboje zachowaliśmy się bez sensu. Dzień rozwalony, bo, zamiast cieszyć się podróżą, najpierw spieraliśmy się na kempingu, potem spieszyliśmy do Dunedin, następnie kłóciliśmy i grzebaliśmy w zdarzeniu, żeby je wyjaśnić, na koniec obchodziliśmy jedno drugie ostrożnie, jak zwykle ludzie po nieporozumieniu. Bleee. Rzygi w słoiku. Na szczęście to NZ, więc cudo goni za dziwem. Plaża Moeraki Boulders. Malownicza dużo bardziej, niż na zdjęciach i widokówkach. Wybierając z netu miejsca godne obejrzenia, nie zakwalifikowałam jej. Po kłótni i z perspektywą samych niemiłych wspomnień z tego dnia, stwierdziłam, że warto tam zajrzeć, skoro jest po drodze. Kosmiczne miejsce. Niektóre z tych kul są rozmiaru człowieka. Wystają z piasku i z wody jakby ktoś je tam porzucił dawno temu. Skamieniałe jaja przedwiecznych potworów, albo podrzutki kosmitów. Niektóre się porozpadały, w środku wyglądają równie tajemniczo, jak na zewnątrz. Ogromnie niezwykłe miejsce. Spaliśmy w ładnej zajezdce z widokiem na rozległe wzgórza. To takie dziwne, widzieć Krzyż Południa zamiast Wielkiego Wozu. Na szczęście Orion jest nadal, więc niebo nie wydaje się całkiem obce. W niedzielę, 31.01., zaparkowaliśmy w osadzie Mount Cook pod masywem góry, obejrzeliśmy mapę w centrum informacji, żeby wiedzieć co i jak, bo przewodnik polecał tylko spacery w dolinie, i weszliśmy na Mueller Hall (nazwa do sprawdzenia). Szlak ma po trzy i pół godziny w każdą stronę i jest poprowadzony bez zmiłowania. Zdecydowanie pod górę, czasem na czworakach. Ekspozycja nie dla osób z lękiem przestrzeni, w górnej połowie część drogi po skałach i kamiennym osuwisku, trzeba uważać, żeby nie spowodować lawiny. W pewnym momencie usłyszałam stukot nad głową, potem krzyk, że uwaga, uważajcie. W dół zbocza toczył się spory kamień, odskakiwał od kolejnych skał. Na szczęście nie staliśmy na jego torze. Jedynym ratunkiem byłby skryć się za którymś większym głazem, byle ochronić głowę. Na wypłaszczeniu u góry widok na drugą dolinę. Lodowce, strumienie. Na początku krajobraz był przymglony, weszliśmy w chmurę, ale kiedy wracaliśmy, po odpoczynku w chacie, widoczność się poprawiła. Mont Cook tak chyba ma, że rozświetla się pod wieczór, odwrotnie niż, na przykład, Olimp. Chatę w 2002 roku zasponsorował pewien sir. Spanie w niej jest bezpłatne, ma trzy sale, wodę, kuchnię, wygódkę. Z tego co widziałam, kilka młodych osób spędzało tam wakacje, jak u nas w studenckich chatkach. Na szlaku i przed chatą żebrały kee (kea, papuga). Nie wolno ich karmić, bo tracą niezależność i po sezonie co. W powrotnej drodze natknęliśmy się na chłopaka z dziewczyną. Płakała, była wyraźnie zablokowana drogą, spanikowała. Widać było, że nieczęsto chodzi, miała niezbyt godne zaufania buty, do podpierania znalazła so bie kijaszek. Facet ją uspokajał, głaskał, szeptał, ale mieli przed sobą jeszcze kawał drogi po stromiźnie. Zaproponowałam im plusszz active w tabletkach musujących, bo dodaje on nie tylko siły, ale i odwagi, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. Po prostu ogólnie stawia do pionu i jestem przekonana, że spokojnie zeszłaby, gdyby go wypiła. Nie chciała. Polkę bym przekonała, ale po angielsku nie podejmuję się. Na dole, kiedy do auta zostało może dziesieć minut marszu, Mrówka zaczął narzekać, że zabraliśmy za mało wody, a wszystko dlatego, że zawierzył mi, kiedy powiedziałam, że spakowałam dość. Boszz. Na górze mogł sobie zagotować mnóstwo wody, napić się, nalać do termosu. Czasem powinien się po prostu przymknąć, albo przemyśleć, co chce powiedzieć. Forma ma znaczenie. Cóż, warknęłam na niego i zaraz się pogodziliśmy. Nie spaliśmy w Mount Cook, choć jest tam darmowe pole kempingowe. Zjechaliśmy do jeziora Tekapo, ponieważ miało się odznaczać szczególnym pięknem. Stwierdziwszy, że chyba robimy się zblazowani pstryknęliśmy mu ze dwa kontrolne zdjęcia i kawałek dalej znaleźliśmy zajezdkę z wodą. Wielki wiatr. Nad jeziorem, w miejscowości o tej samej nazwie, bo oni się tu generalnie mało wysilają nazewniczo, był płatny kemping, a poza nim zakazy. Wynajęcie karawanseraju kosztuje więcej, niż pokoju w hotelu porządnej, średniej klasy, nasz budżet nie przewiduje więc dopłacania do noclegów. Nie wiem, czy pisałam, dlaczego w ogóle zdecydowaliśmy się na taką formę podróżowania. Przede wszystkim, ponieważ i tak trzeba by wynająć jakieś auto. Inaczej nie dałoby się w ciągu dwóch tygodni zwiedzić obu wysp, tylu różnych i oddalonych od siebie zakątków. Po drugie, bo wszyscy to tu robią. Spanie na dziko miało nie być żadnym problemem, wszędzie zajezdki, bezpłatne pola namiotowe etc., więc wydawało się to świetną alternatywą wobec cowieczornego nerwowego szukania hotelu, jak dwa ostatnie razy we Włoszech. Stajemy i mamy dom, brzmi nie źle. Po trzecie, z ciekawości. Zawsze zastanawialiśmy się, jak to jest żyć w karawance. W czasach, gdy spaliśmy zwyczajnie w osobówce, rozkładając siedzenia, zazdrościliśmy właścicielom aut kempingowych, że mają tyyyle miejsca i że to, co robią, wygląda na hobby, nie żulerkę. Cóż. Jak zwykle ogromnie mnie cieszy nabyte doświadczenie. Już wiem i nigdy nie zapomnę, jak jest w karawance. Przypomina to żart w rodzaju - mój dom jest tak ciasny, że kiedy jesteśmy z mężem w sypialni, a ja chcę przejść do kuchni, muszę wychodzić na dwór. Mrówka nie jest mistrzem pracy zespołowej, więc, kiedy jedno sprząta, ścieli, albo gotuje, drugie musi siedzieć bez ruchu w najdalszym kącie. Nasz karawanseraj nie ma łazienki. Zdecydowaliśmy się na taki, ponieważ był tańczy. Drugim powodem był fakt, że z opróżnianiem zbiornika z nieczystościami jest cały ambaras. Na stronie internetowej Jucy można sobie obejrzeć straszny filmik na temat. Po trzecie, trzeba nalewać nową wodę do mycia, spłukiwania wc i to też nie robi się samo. Zatem co. Mam auto ze zlewem, kóry służy też jako umywalka. Zbiornik na wodę ma dwadzieścia litrów i uzupełniamy go w miarę możliwości, czyli gdzie się da. Bo wcale nie wszędzie można sobie nabrać wodę. W supermarkecie kupiłam pudełko na siki. Całkiem ładne, ze szczelną pokrywką, w założeniu do przechowywania żywności. Gdybyż wiedziało... www.demotywatory.pl. Jego wadą jest przezroczystość. Miny ludzi, którzy wczesnym rankiem (miałam nadzieję, że nikogo nie będzie, kemping zdawał się jeszcze spać) natknęli się na mnie niosącą je do wygódki - bezcenne. Chciałam kupić normalne wiadro z pokrywką, ale nie było w dwóch kolejnych sklepach, a coś mieć musiałam. Chyba nikt nie sądził, że będę nocą wychodzić na nowozelandzką ziemię i tu kucać. Tu może żyć wszystko, bez przesady. Zlew ma na dole odpływ, pod który podstawia się wiadro na pomyje, a rano wylewa je do wc, jeśli w zajezdce jakieś jest lub w krzaki, jeśli nie ma. Nie jest to satysfakcjonujące ekologicznie, ale tak obmyślono konstrukcję auta, nic nie poradzę. Bo ogólnie, ponieważ widzę, że Nowozelandczykom naprawdę zależy, dbają, chronią, utrzymują czystość, wiedzą, że mają coś wyjątkowego i nie tylko czerpią z tego, ale też starają się zachować, otoczyć opieką, ja również się staram i nawet papier toaletowy zużyty na przydrożnych postojach wkładam do torby na śmieci i zabieram z sobą. A pod Mont Cook były tabliczki z "Zabierz na szlak pojemnik na kupę". Gdzieś już to było. W Alpach? Nawiasem mówiąc, na mój gust, cała NZ powinna zastać rezerwatem ścisłym, ludziom wstęp wzbroniony. Ewentualnie loty helikopterem, bez lądowania i nieliczne. Jaki asfalt? Jakie samochody, miasta? Jakim aroganckim prawem w ogóle tu przebywamy? Ludzie są jak karaluchy, bo wszędzie się wciskają i jak szarańcza, bo niszczą. Wracając do karawanki, jest lodówka, szafki na naczynia i gary, pod siedziskami skrzynie na bagaż. Stół się stawia na środku i wtedy już nie można się ruszyć. Potem blat i jedna deska, która za dnia jeździ we wnęce, służą za stelaż łóżka. Na to idą miękkie części i pościel. Coś jak rozkładana rogówka, ale, wbrew pozorom, naprawdę wygodne. Minusem auta kempingowego jest powolność wynikająca z rozmiaru, fakt, iż pali między dziesięć, a jedenaście litrów na sto kilometrów (paliwo do diesla po m.w. 2,30 zł./litr), oraz to, iż wiatr rzuca budą. W NZ potrafi wiać solidnie, więc ma to znaczenie. Jest po prostu dość nibezpiecznie na drodze, gdy wiatr przesuwa samochód zygzakiem. Przestawienie się małżonka na ruch prawostronny i automatyczną skrzynię biegów, w zasadzie bezbolesne. Parę zabawnych, ale niegroźnych sytuacji. Ogólnie znany problem kilkupasmowego ronda, z którego nie wiadomo, jak zjechać. Klasyka pod kontrolą. Jak dotąd nie jeździłam. Wykupiliśmy opcję "dwóch kierowców", ale nie chce mi się. Powiedziałam, że poprowadzę, jeśli będzie zmęczony, codziennie kilka razy pytam, czy nie jest, ale nie pcham się za kółko. Jako pasażerka mogę swobodniej podziwiać widoki, pisać notatki i w ogóle mam luz.
mignona 2010-02-02 20:52:06

Hello Jucy
W czwartek, 28.01., jechaliśmy na południe w stronę Queenstown. Po drodze wspaniałe punkty widokowe i krótkie szlaki piesze, takie na sandały. A to na piękną plażę, a to do wodospadu, albo do lazurowych jeziorek. To są miejsca dla niedzielnych turystów, dla miłośników pięknych widoków, nie dalekiej wędrówki. Znaczy, jeśli się chce, można iść dalej, są szlaki kilkugodzinne, kilkudniowe, ale sporo jest takich na góra półgodzinny przystanek na trasie, bardzo wygodne. Dobrze utrzymane, zgubić się nie sposób,są wiszące mosty, żeby nie trzeba było brnąć przez rzeki i drewniane kładki, żeby nie taplać się w błocie. Taka kontrolowana dzicz. Z jednej strony nie budki z lodami, tylko tablica informacyjna i "zabierz swoje śmieci ze sobą", z drugiej, nie trzeba się przedzierać przez chaszcze i odstawiać Vossa. Jeśli na parkingu stoi sporo samochodów, miejsce z pewnością warte jest spaceru. Z czasem z lasów i rzek zrobiły się raczej Bieszczady, tyle, że ciągnące się od hen hen, do hen hen. Idealny spokój, zielonozłote łąki na wzgórzach. Mnóstwo nieba. Ten kraj tak ma, że człowiekowi co i rusz wydaje się, że został ostatni na Ziemi. Późnym popołudniem zjechaliśmy do Queentown. Nieduże, ale z atmosferą. Tętniło swoim życiem. Wreszcie ujrzałam dużo młodych ludzi. A już myślałam, że wszyscy zmienili się w owce. Paralotnie, plaża nad jeziorem, przystań, deptak, mnóstwo knajpek, miło. Potem znów jechaliśmy przez pustkowie, nieba było więcej, niż ziemi, słońce zachodziło godzinami. Długo szukaliśmy zajezdki na nocleg, wypatrzyliśmy ją już o zmroku. Jeszcze jedna karawanka tam stała. W piątek, 29.01., dojechaliśmy do Milford Sound, kupiliśmy bilety na statek, zjedliśmy śniadanie i popłynęliśmy oglądać fiordy. Ważna dygresja - Te Anau jest ostatnim, ale to naprawdę ostatnim miejscem, w którym można zatankować. Czytałam o tym na blogu jakiegoś kolesia, więc byliśmy zaopatrzeni. Na wylocie z miejscowości jest napis, że ludzie, dalej nie ma benzyny. Mimo to, oraz że wydawałoby się, iż problem jest już ogólnie znany, widziałam wieczorem nieszczęśników przelewających paliwo z zatrzymanego na stopa auta. Nie ma stacji za Te Anau, NIE MA. Jest punkt ratunkowy przy polu namiotowym, ale 10 km. od szosy. Trzeba jechać gruntówką, razem 20 km. w plecy, a jeśli okaże się, że mają zamknięte, co należy brać pod uwagę, bo to jednak NZ, to amba. Zatem Milford Sound. Tłoku nie było, bilety na dwuipółgodzinny rejs po około 170 zł. Można wykupić posiłek, typu kurczak. Mieliśmy termos i kanapki. Laska mieszkająca w NZ ostrzegała, że trzeba wziąć gorące napoje i ciepłe ubrania. Była wspaniała pogoda, krótkie rękawki, suki namu miały używanie, dość głupio się czułam pakując do plecaka polary, kurtki, ciepłe spodnie. Wszystko się przydało, absolutnie. Herbatę wypiliśmy, gdy parzyła język, kurtki zostały szczelnie pozapinane. Że fiordy imponujące, to jakby wiadomo, natomiast bardzo się ucieszyłam, gdy zobaczyłam delfiny. Takie wolne, nie skaczące przez obręcz podczas pokazu. Wzruszyły mnie. Były też foki, wylegiwały się na nagrzanych kamieniach, jedna łaskawie machnęła ogonem. Komercja na max. Podpłynęliśmy pod wodospad, wodna mgiełka robiła tęczę i oprószała nas - zachwyconych turystów. Po wycieczce, odpękawszy atrakcję ;-), mogliśmy już spokojnie i z bajerami wracać na wschód Milford Road. Zjechaliśmy na drogę prowadzącą do wodospadu. Źle odczytałam opis z przewodnika i władowałam nas w 16 km. razy dwa gruntową drogą. Po drodze było to pole kempingowe z awaryjnym paliwem i napisem "Uwaga, Kiwi na drodze", a na końcu szlak do wodospadu, którego obejrzenie nie rekompensowało tłuczenia się w chmurze pyłu. Poza tym kolejne namu mnie tam dopadły, samo zło. Po tej wątpliwie radosnej przygodzie miałam już ochotę znaleźć się jak najdalej od zachodniego wybrzeża, bo muszki są tylko na nim. Obejrzeliśmy jeszcze Lustrzane Jeziorka,które są przereklamowane, bo to raczej oczka wodne na bagnach. Poza tym nie były "mirror", bo wiało. Nocowaliśmy na płatnym kempingu w Gore, ponieważ wystąpił deficyt zajezdek na trasie. Kemping świetnej jakości, czysto, wszelkie wygody. Wcześniej zajechaliśmy na inny, ale był samoobsługowy i to Mrówkę skonsternowało na tyle, że zdecydował, iż jedziemy dalej. Samoobsługowość polegała na tym, że w otwartym biurze nie było nikogo, tylko kartka, że proszę włożyć do koperty pieniądze, podpisać się i wrzucić kopertę do skrzynki.
mignona 2010-02-01 08:12:41

Namu, ty suko
Trzeciego dnia w NZ, a był to wtorek, 26.01., z kempingu wyjechaliśmy dopiero w południe. Było nam potrzebne takie lenistwo, wyspanie się etc. Pogoda wspaniała, soczyste lato, opalenizna pomarańczowa. Zauważyłam, że tu i w Czteriksach wszyscy opaleni są na pomarańczowo, aż po ciemnopomarańczowy brąz. Słońce pada tu na skórę pod innym kątem? Cera kobiet bardzo nim zniszczona, jak na starym pasku, albo butach. Wysmagana wiatrem, bo wieje porządnie niemal bez ustanku, ma się gdzie rozpędzać na tych tysiąchektarowych pastwiskach. D. by powiedziała, że wyglądają jak chłopki. Dni są bardzo długie. O szóstej rano jest widno, o w pół do dziesiątej wieczorem jeszcze też. To daje duży luz, komfort, dzień nie kończy się wcześniej, niż człowiek jest zdolny go przeżyć i się nim zmęczyć. Pojechaliśmy arthur'spassową drogą. Szybko zorientowaliśmy się, że warto stawać, tam, gdzie stają inni. To dość, nie wiem jakie, deprymujące?, a może tylko zdroworozsądkowe, że stado wie lepiej. Jeśli jest zjazd do jakiejś atrakcji i nikogo lub prawie nie ma na parkingu, znaczy, że nie jest naprawdę ciekawa, jeśli stoi dwadzieścia aut, to jakiś hit i najpewniej będziemy pod wrażeniem. Oniemiałam na widok Kura Tawhihi/Castle Hill. Błądziłam między tymi skałami mamrocząc, że to niemożliwe jest, to jest zbyt pięknie. Że te kształty, formy, jak starannie ociosane ludzką ręką, albo jak skamieniałe potwory. Że ja tego nie ogarniam. Aparat fotograficzny również. Miło było w samej wiosce Arthur's Pass. We wspaniałym słońcu, w kawiarni. Słynny wiadukt mnie nie ruszył, bo jestem atechniczna. O imponujących szczytach, pięknych jeziorach i pieniących się potokach nie piszę, żeby nie popaść w niestrawną egzaltację. NZ jest po prostu kolosalnie piękna, pogódźmy się z tym. Dojechawszy nad ocean, podejrzanie zwany z tej strony Morzem Tasmana (nie kupuję tego), udaliśmy się nieco na północ, do Naleśnikowych Skał w Punakaiki. Oczywiście ekstra rewelacyjne, a poza tym w ogóle tamto wybrzeże jest głównie na klifie, więc widoki rozległe i zapierające dech. Nocleg na punkcie widokowym w takim właśnie cudnym miejscu. W środę, 27.01., jechaliśmy na południe i w Fox Glacier, czyli w Lodowcu Foxa (nazwa miejscowości pod górą) zjechaliśmy nad jezioro Matheson. Tam miały być wspaniałe widoki na lodowiec, a nieskalana tafla wody miała odbijać śnieżne szczyty. Góry zasnute były chmurami, ale zamiast panoramy był miły las deszczowy, którego oglądanie jest atrakcją samą w sobie, bo gąszcz taki, że bez maczety ni kroku ze ścieżki. Minus - zachodnie wybrzeże, to kraina obrzydliwej małej muszki namu, zwanej też drakulą. Co za suka! Co za fatalny syf. Bez żadnej przesady, w życiu nic mnie tak dotkliwie nie pogryzło. Komary, gzy, meszki, ani żadne robactwo. Jeśli zabije się jedną wysysającą krew namu, dokładnie na jej miejsce natychmiast przylatuje druga i dobiera się do ranki. Rozcinania przez nią skóry nie czuje się, jad rozchodzi się z czasem i na drugi, trzeci dzień człowiek ma ochotę rozdrapać sobie ciało do kości. Bardzo, bardzo nie. Działa na nie off, ale nie da rady wypsikać się dokładnie całego ciała. W którymś momencie sądziłam już, że jestem w bezpiecznym miejscu, bo jakoś nic się wokół mnie nie kłębiło, zdecydowałam się zmienić trepy na sandały, a stopy miałam nie pooffowane - trzy ugryzienia w ciągu pół minuty. Wszędzie informacje, ale cóż po nich, muszki nie czują się nimi zawstydzone. Znad jeziora pojechaliśmy w dzicz, bo nieasfaltowaną drogą na najbardziej niesamowitą plażę, jaką dotąd widziałam. Gillespies Beach. Kiedyś szukano tam złota, poniewierają się zardzewiałe narzędzia, niedaleko jest malutki cmentarz. Bezpłatny kemping, sporo ludzi. Jak na NZ, bo tu ogólnie jest totalnie pusto. Taka przestrzeń, że ludzie się w niej rozmywają. Ta plaża. Zaokrąglone kamyki w różnych kolorach, wiele połyskujących, pewnie jakąś miką. Piękne tak, że napchałam nimi torbę i nosiłam je godzinami. Potem stwierdziłam, że nie mogę ich zabrać, skoro wszędzie napominam się, żeby nie kupować nic dziecku, bo ciężar. Bądźmy konsekwentni. Wyrzucone przez morze pnie drzew, poskręcane, fantastyczne i w wielkiej ilości. Kości księżyca. Krajobraz z innej planety. Były jakieś stwory, umarły, a to są ich pobielałe szkielety. Pustka. Te paredziesiąt osób z kempingu znika, ledwo odwróci się wzrok, można iść kilometrami. O zachodzie słońca chmury znad gór się rozeszły i na horyzoncie zabłysła Aoraki, czyli Mont Cook wraz z przyjaciółmi. Brak słów.
mignona 2010-02-01 01:00:04

W Kiwilandii
Niu, wszystko w porządku, dziękuję za troskę. Aniu, przyślij pusty mail, bo nie mam Twojego adresu. W ogóle nie skopiowałam sobie książki adresowej z mailami. Kay i wszyscy, którzy życzyli mi udanej podróży, a którym nie odpisałam - dziękuję. Nielocie, masz mail, o ile dobrze wpisałam adres z pamięci. Te notatki są pisane na bieżąco, w aucie i wklejane kiedy akurat smarfon łapie zasięg. Jestem świadoma, że roją się od błędów i wypaczeń, a poza ty, nie wiedzieć dlaczego, na blogu wyświetlają się ciurkiem, bez odstępów. Cóż, technika rolnika, cieszmy się choćby tym, wrócę, to wszystko dopieszczę. Jeśli ktoś coś wie lepiej, proszę pisać maile i mnie poprawiać. Zdecydowanie nie zjadłam wszystkich rozumów i różne rzeczy mogę widzieć opacznie. Nowa Zelandia jest przesunięta względem RP o równe 12 godzin do przodu, czyli moja 8 rano, to Państwa 8 wieczorem jeszcze dnia poprzedniego, a moja 8 wieczorem, to Wasza dopiero 8 rano tego samego dnia. Australia jest trochę bardziej zbliżona czasowo do Polski, bo różnica wynosi 10 godzin. Kiedy więc w niedzielę rano 24.01. polecieliśmy z Sydney do Christchurch, choć lot trwał tylko 3 i pół godziny, na miejscu byliśmy już mocno po południu. Po drodze bardzo nieprzyjemne turbulencje. Na lotnisku wielka afera z grzebaniem w torbach w poszukiwaniu jedzenia, nasion i czegokolwiek, co mogłoby naruszyć miejscowy chybotliwy ekosystem. Miły pan trzy razy spytał, czy aby na pewno nic nic, nawet banana, a potem życzył sobie obejrzeć nasze buty, górskie trepy firmy Lowa. Interesowały go szczególnie podeszwy, naprawdę. Ocenił, że są czyste i nas puścił. Jakie tam czyste. Podeszwy, to przecież syf z założenia. Wcześniej wypisałam z netu połączenia do centrum, wiedziałam nawet, o której odjeżdża najbliższy autobus, więc fajnie. Obwiózł nas po połowie okolicy, a potem Mrówka wybrał zły przystanek do wysiadania i dość długo błądziliśmy po wielkim parku i jego okolicy. Do tej pory był świetnym nawigatorem, w sensie, na poprzednich wyprawach, ale teraz siada mu ten szósty zmysł. Muszę zdecydowaniej obstawać przy swoich racjach. Podczas tego wałęsania się w poszukiwaniu hotelu odczuwałam duży dyskomfort, albowiem było 16'C, co niezmiernie by mnie ucieszyło, gdybym leciała wprost z Polski, ale po 37' w Sydney przeżywałam kolejny szok termiczny . Zamieszanie. A ciepłe ciuchy pochowane głęboko w plecakach. Na szczęście hotel okazał się naprawdę fajny. Trzeci od wylotu z Polski, pierwszy z sensem. Aż żal było go porzucać po jednej nocy. Comfort Carlton Mill, mogę polecać. Tanio, wygodnie, pokój, łazienka, kuchnia. Skromnie, ale czysto i schludnie. Grzejnik, prześcieradło elektryczne, czułam się dopieszczona. Po gorącym prysznicu, ubrawszy się we wszystko, byłam gotowa na oglądanie miasta. Powiedzmy sobie szczerze, że nudna. Owszem, główny park jest ładny i w ogóle parków i wszelkiej innej zieleni jest tam niesamowicie dużo, w końcu Christchurch nazywa się miastem ogrodów, ale poza nimi, cienko. Była niedziela po południu, miasto nie żyło, na ulicach tylko powietrze. Na głównym placu maleńka katedryjka, którą trzeba by fotografować przez lupę, ale oni tu w ogóle tak mają, że stawiają urocze kościółki w rozmiarze XXS. Jeździł zabytkowy tramwaj, mieli interneciarnie, to wszystko. W poniedziałek, 25.01., poszliśmy na autobus, który zawiózł nas na lotnisko, ponieważ obok niego znajduje się wypożyczalnia aut "Jucy Rentals". Na pierwszy rzut oka nasz karawanseraj nie zrobił na mnie dobrego wrażenia i tak już, niestety, zostało. Znaczy, nie czepiam się (w tym momencie), że jest mały, ani co ma na pokładzie, bo uczestniczyłam w wybieraniu i rezerwowaniu go, wiedziały gały, co brały. Ale wypożyczane auta, jak mieszkania do wynajęcia, z natury są zaniedbane. Każdy korzysta, nikt nie inwestuje. Pojechaliśmy do mala po zakupy. Chodziliśmy po nim trochę błędni, ponieważ był tak wielki, że nie mogliśmy znaleźć sklepu spożywczego. W Europie kierowalibyśmy nazwą, znaleźlibyśmy Tesco, czy coś tam na mapie obiektu i już, ale w NZ są obce sieci, których nazwy nic nam w tym pierwszym dniu nie mówiły. Ceny żarcia? Jest drożej niż w RP. Żeby nie przepłacać, trzeba by kupować włącznie produkty typu "budget", jak nasze "lider price", ale jest ich niewiele, znaczy, nie da się zrobić normalnych zakupów bazując na nich. Szczególnie, jeśli jest się wegetarianką. Idzie jednak wyżywić się bez szaleństw za niedużą kwotę. Trudno znaleźć owoce, czy warzywa w cenie niższej, niż równowartość 8 zł. za kilogram. Mają amerykańską manię dużych opakowań. Nie da rady kupić małej paczki czegokolwiek, a jeśli już jest, to nie tylko relatywnie droższa, czasem normalnie na żywca za mniejszą trzeba zapłacić więcej. Na przykład sok w trzylitrowej butli ma fajną cenę, a już w litrowej zapooomnij. Dziwnie i ciekawie robi się zakupy, nie mogąc kierować się marką, bo nie ma znajomych. Idąc do sklepu z kraju wrzucam proukty do koszyka prawie nie patrząc. Wiem, że kukurydza musi być bonduelle, keczup pudliszek, ryż i kasza od kupca, makaron malmy, sok fortuny, albo hortexu. Każdy ma swoje oswojone marki, tak? To proszę sobie teraz wyobrazić, że wszystko nagle jest obce, a Państwo jeszcze nie jedzą mięsa, więc trzeba sprawdzać opisany po angielsku i maczkiem skład każdego produktu, żeby sprawdzić, czy nie zawiera wołowego tłuszczu lub innego gówna. Zdecydowanie zabiera to czas. Na szczęście już za drugim razem jest łatwiej. Załadowawszy prowiant wróciliśmy do biura Jucy, ponieważ Mrówka odkrył, że nie działają wycieraczki, a NZ uchodzi za deszczową krainę. Co prawda chłód z poprzedniego dnia zniknął i zrobiło się wspaniałe lato, ale w ciągu dwóch tygodni mogło nam się trafić wszystko. Koleś z biura wyskoczył z karawanserajem do warsztatu i wrócił po chwilce, obwieszczając, że to tylko bezpieczniki. Cóż, wymienili je, ale bezpieczniki nie padają same z siebie, są objawem, więc już wiedzieliśmy, że będziemy musieli sami się uporać z tą awarią. Pojechaliśmy na Półwysep Banksa, po drodze zrobiliśmy pierwszy karawanserajski obiad z widokiem na zatokę. Lato takie sierpniowe, wszystko rozrośnięte, dojrzałe, słońce wspaniałe, niebo niebieskie, pagórki urocze, owce się pasą, w dole ta woda. Sielski krajobraz. To pierwsze przygotowywanie posiłku odbywało się jeszcze dość nieskładnie i nerwowo. Ciasnota, żeby jedno mogło coś zrobić, drugie musi siąść bez ruchu w najdalszym kącie, albo, jeszcze lepiej, iść się przejść. Trzeba dokładnie wiedzieć co gdzie leży, gdzie jest schowane. Nie można sobie, jak w domu, cpodzić i marudzić: "Gdzie ja to wcisnęłam?", ponieważ już po trzech minutach dostaje się klaustrofobicznego szału, ma się ochotę wywalić z auta wszystko, łącznie z fotelami i dopiero poszukać zguby. Zjechaliśmy do Akaroy (ta Akaroa). Parkingi niemal wszędzie udaje nam się znaleźć bezpłatne, tylko w większych miastach są obostrzenia. Jestem tu od tygodnia i nie zdarzyło mi się trafić na płatny parking przy jakiejkolwiek atrakcji turystycznej, co w RP jest normą. WC wszędzie bezpłatne, od HK po NZ. Mrówka mówi, że poczuje się oburzony, kiedy tafi do Kgu i każą mu wywalać 2 zł. za każde siku. Plaża, jak plaża, nic szczególnego, miejscowość ładna. Chlubią się tam francuskimi korzeniami, mają francuskie nazwy sklepów, ulic. Poszliśmy na kawę/wino. Spokój, słońce, cisza, jakby posezon. Z drugiej strony oni chyba zawsze i wszędzie mają posezon. Jak w Christchurch. Czołowy dowcip na temat NZ brzmi: "Byłeś w NZ? Tak, ale mieli wszystko zamknięte." Jakiś pan to powiedział i zostało grypsem, bo faktycznie, na każdym kroku i o każdej porze, typu w środę o czternastej, co najmniej połowa przybytków ma wywieszkę "Sorry, closed". Ma to swój klimat i pewnie dużo mówi o naturze Kiwi. Zrelaksowani wróciliśmy do auta i pojechaliśmy wgłąb lądu, w stronę Arthur's Pass, na drogę uchodzącą za jedną z najpiękniejszych i najbardziej widokowych w NZ. Przecina południową wyspę w poprzek. Pomału wypatrywaliśmy miejsca na nocleg. Kierując się relacją pewnej pani, która mieszka w NZ od lat i prowadzi blog na ten temat, nastawieni byliśmy na spanie na dziko. Jeśli wyraźnie nie jest zaznaczone, że nie wolno (przekreślony ryysunek karawanki, albo tabliczka z napisem, że zakaz nocowania), to można i wszyscy wszędzie to robią. Mnóstwo osób podróżuje tu w ten sposób, jak po Francji. Najpewniejsze zajezdki to te, oznaczone tabliczką z rysunkiem drzewa i ławki. Stając tam ma się pewność, że nikt nie zażąda opłaty. Jeśli zaś jest strzałka na kemping, albo z rysunkiem auta kempingowego, znaczy, że miejsce jest patne, choćby warunki socjalne niczym nie różniły się od. Po prostu czyjś teren i interes. Warunki na takich kempingach niekoniecznie mają przełożenie na cenę. To znaczy zaniedbany kemping mopże być drogi, bo tak i już. Tego pierwszego wieczoru zdecydowaliśmy się jednak na spanie legalne. Nie czuliśmy się zbyt pewnie, nie mijaliśmy miejsc, w których stałyby karawanki na dziko, potrzebowaliśmy się otrząsnąć. Znaleźliśmy kemping, zapłaciliśmy równowartość 20 zł., podłączyliśmy się do prądu i zrobiliśmy sobie aż za ciepło - kaawanseraj ma mały rurkowy kaloryfer, a na składzie jest też dmuchawa.
mignona 2010-01-31 23:00:42

Czteriksy
Następne było Sydney. Wylądowaliśmy rano w piątek 22.01., z godzinnym opóźnieniem, co niespecjalnie nas martwiło, ponieważ hotel i tak przyjmował od 14tej. Kontrolne wychylenie nosa z hali przylotów uświadomiło, że jest pawdziwe lato, upał, gorąc, riki tiki tropiki, nareszcie. Pociąg odjeżdżał wprost z lotniska, bardzo wygodnie. Wysiedliśmy nad zatoką, przy promenadzie i zasiedliśmy na najbliższej ławce chłonąc klimat. Niespiesznie obeszliśmy w kółko gmach opery, który w realu wygląda, wg mnie, dużo gorzej, w sensie, mniej imponująco, elegancko, z klasą i ideą, niż na wszystkich filmach fotografiach i relcjach z sylwestra. Poza tym to, co wszyscy interpretują jako żagle, dla mnie wygląda jak chełmy konkwistadorów. Przed wyjazdem Mrówka wymyślił, że zrobi mi prezent i zaprosi na "Toscę", bo ja szalenie lubię chodzić do opery, tak w ogóle, ale mają tak pokopane zasady zakupu biletów przez net, że się nie udało, a potem zostały dwa, w totalnych kątach i po przeciwnych stronach amfilady. A w ogóle, to może chcą państwo na 2011? Są jeszcze miejsca. OK, olać operę, powiedziałam małżonkowi, że zdecydowanie bardziej zależy mi na mediolańskiej i mam obiecaną. Zaraz za nią zaczyna się wspaniały park/ogród botaniczny. Ogromny, bogaty, świetnie utrzymany, różnorodny. Z ogrodami tematycznymi, papugami luzem i trawnikami zapraszającymi do posiadówek. Na początku dziwnie się czułam chodząc po nich, wychowana w kulturze, gdzie deptanie surowo wzbronione. Mrówka twierdził, że jest bardzo gorąco i dziwił się, że nie podążam do cienia, a ja wręcz na odwrót. Chłonęłam to ciepło. Na lotnisku przebrałam się w letnie ciuchy i teraz wystawiałam się do słońca jak słonecznik. Bo taka zima w Polsce! Rezerwując hotel w Sydney kierowaliśmy się sugestiami przewodnika, według którego pewna portowa dzielnica miała mieć (Wooloomooloo? Do sprawdzenia) artystowski i bakpekerski charakter. Niegdyś była żulska, bo marynarze używali w niej życia, a potem zmieniła się w klimatyczną. Khm, powiedzmy, że ktoś coś wymyślił. Tanie szeregowe domki mieszkalne, ani człowieka, ani turysty. Na pobliskiej King Cross, owszem, jak najbardziej, ale to już inna dzielnica. W sercu naszej, na ulicy wymienionej przez "Pascala" jako najatrakcyjniejsza, był jeden pub i to całkiem wszystko. Uśmiałam się. Hotel nie był bardzo tani, prawie 200 zł. za dobę, a okazał się fatalną norą. Takie Indie. Miał łazienkę, w której mały kot mógłby się obrócić, ale jako zwierzę lubiące czystość czmychnąłby z niej czym prędzej. Okienko wielkości skrzynki na listy wychodziło na mur domu na przeciwko, wyposażenie na poziomie schroniska. Mrówka mruknął, że teraz rozumie, czemu żądali kasy przy rezerwacji i zastrzegli, że nie zwracają tych pieniędzy. Mieli ładne zdjęcia reklamowe, obejrzeliśmy je dokładnie, ale to tylko świetny fotograf i photoshop. Bez sensu. Inna rzecz, że w S. nigdzie nie było tanio. Gdyby się podróżowało samemu i wybrało nocleg w dormitorium, zapłaciłoby się około 100 zł., więc przy dwóch osobach to już nie jest okazja. Po tych doświadczeniach - niesatysfakcjonujący hotel w HK, obrzydliwy w S., Mrówka zaczął wątpić w ideę rezerwacji. Do tej pory jeździliśmy zawsze na pałę i na bieżąco szukaliśmy spania. Było to niekomfortowe, więc teraz spróbowaliśmy bezpiecznej opcji, skoro i tak dokładnie wiedzieliśmy gdzie którego dnia będziemy, bo mieliśmy kupione bilety. Ja zasugerowałam, że może powinniśmy postawić na hotele sieciowe, po których wszędzie można się spodziewać podobnego poziomu. Ale one są jeszcze droższe. Zobaczymy. Poszliśmy do parku, gdzie dopadło mnie totalne zmęczenie. Zaczęłam drzemać na trawie. Ja! Oczy same mi się zamykały. To dlatego, że w samolocie miałam fatalne miejsce, obok wc, przez cały czas ludzie wchodzili, wychodzili, trzaskali, spuszczali wodę, stali w kolejce i gadali, prawie nie spałam.Problem z drzemaniem pojawił się, kiedy senność dopadła także małżonka. Nie było komu pilnować rzeczy, trzeba było się zebrać i iść. Do CBD, czyli niby centrum biznesowego. Nie robiło sztywnego wrażenia. Normalne centrum miasta pełne zwykłych ludzi, sklepów, placyków z fontannami etc., nie, że gmaszyska. Pośrodku niego jest ta wieża, co wiadomo. Potem do Rocks, najstarszej dzielnicy miasta, tej położonej tuż przy moście. Bardzo ładnie. Byłam zmęczona, obiecałam Mrówce, że wrócimy tu jutro i udaliśmy się do hotelu. Była to niezła przechadzka, szczególnie, że nie po raz pierwszy i nie ostatni trochę się zakręciliśmy w tym wielkim parku. Zdecydowaliśmy się zjeść kolację naczymś w rodzaju patio naszego lodge. Właściwie, to Mrówka zdecydował, mi by się nie chciało robić zamieszania, zjadłabym suchą bułkę i tyle. On lubi celebrować ze mną posiłki, traktuje to jako namiastkę wiadomo czego. Drugiego dnia w S., czyli w sobotę, 23.01., zwiedziliśmy kolejną część parku i udaliśmy się na przystań promową, żeby przeprawić się na drugą stronę zatoki, do ?. Przerób masowy, sprawnie szło. Sama półgodzinna przeprawa uchodzi za atrakcję, ponieważ ma się widok na miasto oraz pływające po zatoce jachty. Jak zwykle pozostawałam niewzruszona, szczególnie, że tego dnia dopadł mnie upał. Mój organizm uprzytomnił sobie, że jest 37'C. i doznał szoku, to znaczy spłynął potem i zminimalizował wydzielanie energii, bo ta generuje ciepło. Mrówka był zaniepokojony, myślał, że źle się czuję, albo o coś się gniewam, że coś jest nie tak, a ja się tylko zahibernowałam. W ? klasycznie, nadmorski kurort, jak każdy. Deptak, sklepy, lody, małe fontanki do obmywania zapiaszczonych stóp. Na plaży ożywczy lekutki powiew, więc odżyłam. Ludzi mnóstwo, zrobiłam zdjęcia dokumentujące jak wiele osób może się zmieścić w jednym oceanie. Bo ? ma plaże na dwie strony, ponieważ znajduje się na cyplu. Jedna, nieciekawa, wychodzi na zatokę, druga na prawdziwy przestwór oceanu. Z ciekawostek takich, jak dozowniki odkażacza w HK, w S. wszędzie mieli pijałki wody. Punkty, w których można było nabrać wodę do butelek, jak w Himalajach, tyle, że bez żadnych datków i takie, w których można było zaczerpnąć łyk. Sympatyczne. Na plaży ja oglądałam ludzi, a Mrówka zaczynał chorować, tzn. wtedy nadeszły pierwsze objawy. Oto: ból gardła przez 3 dni, brak gorączki, od 4 dnia choroby katar, który wcześniej siedział w bolących zatokach. Pewnie swine influenza, więc jestem spokojna. Kiedy piszę tę notatkę on choruje 6 dzień i zaczął wrednie sucho kaszleć. Wróciwszy z ?, do którego, jak stwierdzam, nie warto było się tłuc, poszliśmy dokładniej, niż poprzedniego dnia zwiedzić Rocks. Zerwał się wielki wiatr i przyniósł zmianę pogody. W związku z tym Mrówka szczęśliwie zrezygnował z pomysłu wspinania się po moście (robią tam takie wycieczki, z przewodnikiem i asekuracją). Poprzedniego dnia wypatrzył knajpę, w której podawano piwo w wielkich kuflach, ponieważ stylizowała się na austriacką lub podobnie i do niej poszliśmy. Kelnerka przyjęła zamówienie, po czym powiedziała, że jest pora kolacyjna, więc nie możemy zajmować stolika, jeżeli nie bierzemy posiłku, sorry, takie zasady. Możemy iść na piętro, do baru. A w barze było smętnie, pusto i bardzo głośna muzyka, co nas męczy, więc w efekcie poszliśmy sobie całkiem, choć zaczęła się burza. E tam taka burza, ciepła. Bo obiadokolację mieliśmy zaplanowaną w centrum handlowym City Center, tuż koło wieży. Poprzedniego dnia wypatrzyliśmy tam posiłki wegetariańskie w przystępnych cenach i obiecaliśmy sobie, że przyjdziemy. Było bardzo ciekawie. Znaleźliśmy się tam o 17:45. Część stoisk - barów już się sprzątała, ale inne działały pełną parą. Znaleźliśmy odpowiednie - smażony makaron lub smażony ryż plus dwa dodatki, w naszym przypadku tofu i warzywa w sosie, ale mogły być inne azjatyckie rzeczy, za 20 zł. od osoby. Zasiedliśmy i jedliśmy i oglądaliśmy, co się dzieje. O 18 parę następnych barów się zamknęło, a inne przeceniły jedzenie. Sprzedawcy powykładali nowe karteczki. "Zapłać za jedną babeczkę, weź dwie"; "'Kup kawę, ciasto gratis". A tam, gdzie jedliśmy ,ryż lub makaron plus jeden dodatek za równowartość 15 zł. Po kilku minutach kolejna przecena. Jak fajnie. Zaczęli się schodzić pracownicy sklepu, na przykład dziewczyna z McDonald'sa, i brać posiłki na wynos. Ludzie z baru pakowali je na zapas, stawiali na ladzie, klient wybierał zestaw i szedł z nim do domu. Cena spadła do równowartości 10 zł. Gdybyśmy byli w S. dłużej stołowalibyśmy się tam codziennie. Droga z miasta do naszego hotelu robiła się raz za razem krótsza. Doszedłszy do King Cross zauważyłam pub z guinessem w, powiedzmy, normalnej cenie i zaproponowałam Mrówce posiadówkę. Jaka dobra żona. Knajpa była klimatyczna, jak trzeba.
mignona 2010-01-28 08:54:36

Futurama
Około północy wróciliśmy do hotelu. Miasto jeszcze nie spało, sklepy dopiero zaczynały się zamykać, neony migały, ludzie spacerowali z firmowymi torbami różnych drogich butików. Spaliśmy, mimo pokopnych zmian stref czasowych, bo mamy pigułki. Nie wyobrażam sobie, jak bez nich ludzie są w stanie dostosowywać się do takiego zamieszania, jak dwa wieczory pod rząd, w sensie, że bez dnia pomiędzy. 19.01. Zaczęliśmy od świetnego śniadania w hotelu. Trzeba mu przyznać, spełniało oczekiwania, pisałam. Poszliśmy na wybrzeże, co było blisko i mało gubliwie, bo HK nie jest aż tak bałaganiarski, jak to i owo inne miasto. Szybko zrozumieliśmy jedną ważną prawdę - wszystko jest sklepem. Gdziekolwok i do czegokolwiek nie weszliiśmy, znajdowaliśmy się w punkcie sprzedaży. Podziemne przejście, pasaż łączący dwie strony ulicy, hotel, nawet biuro, prze które chcieliśmy przemknąć, żeby skrócić sobie drogę, to sklepy, sklepy, sklepy, dużo sklepów, jeszcze sklepy, a na piętrze sklep. Do sklepu windą, ruchomymi schodami, ruchomym chodnikiem, niezliczona ilość pionów i poziomów. Sklep. Z nadbrzeża oczywisty widok na prawdziwy HK i te wszystkie słynne biurowce, bo my stacjonowaliśmy po drugiej stronie wody i to się nawet, restrykcyjnie podchodząc do sprawy, inaczej nazywało, ale i tak mają tam most, tunel, metro i promy łączące obie części, więc nie odczuwa się, że. Wspominam o tym, bo dla niektórych osób to rozróżnienie jest jakoś bardzo istotne, całe awantury na forach. Pewnie rozpętują je te same osoby, które poprawiają każdego, kto ośmieli się za minutę druga powiedzieć, że jest druga. Spotkali się państwo? Albo, że na przykład wcale nie jest jeszcze zima, bo zaczyna się dopiero jutro o siedemnastej. Popłynęliśmy promem. Bardzo tanio, 2,5 HK$ od osoby. Samo płynięcie miało stanowić atrakcję. Dla mnie nie było, w ogóle traktuję przemieszczanie się jako konieczność, nic innego. Niezależnie, czy chodzi o auto, zabytkowy tramwaj, wielbłąda, czy rikszę. Tak mam. Po kilku minutach byliśmy po drugiej stonie i nastał czas pełnej dezorientacji. Przyjeżdżały i odjeżdżały jakieś autobusy, nie bardzo wiedzieliśmy doką . Kierowcy, których pytaliśmy, czy jadą do świątyni Man Mao, odpowiadali, że nie. Przez dłuższy czas (tak naprawdę, to pewnie z 8 minut) czekaliśmy i byliśmy coraz bardziej rozdrażnieni, nie mogliśmy się z sobą dogadać, hałas i brak sensownych informacji w przewodniku dawały o sobie znać. W końcy podjęliśmy jedyną słuszną decyzję, to znaczy poszliśmy sobie. Po wyspie HK jeżdżą autobusy turystyczne, piętrowe, takie angielskie. Kupuje się bilet, a one zatrzymują się przy głównych atrakcjach, można wsiadać i wysiadać do woli na tym jednym bilecie. Nie interesowało nas to, bo chcieliśmy zacząć od świątyni, a one jechały w drugą stronę. Marsz okazał się fajnym pomysłem. Nie dość, że za darmo, to zobaczyliśmy więcej, jakby rzec, mocniej wgryźliśmy się w atmosferę miasta. Czyli w ideę totalnie nienaturalnego świata przyszłości. Tłumy sunące ruchomymi chodnikami, wielokondygnacyjne male, z których można nigdy nie wychodzić, bo na miejscu jest dosłownie wszystko. Tędy do wyjścia T2. Sklep przechodzący w stację metra,a ta w ruchomy chodnik kończący się w nastepnym ogromnym domu towarowym. Z niego kładka nad wielopasmową ulicą. I następne kładki, przechodzące w schody prowadzące przez banki do mali. Bardzo specyficzny świat. Trochę jak w "Raporcie mniejszości". Białasów nie za wiele. Trochę turystów i zakupowiczów, trochę garniturów. Ale dużo, dożo więcej Azjatów. Nie potrafię dobrze odróżniać ich nacji. Klasyfikuję tylko te, na które napatrzyłam się na konkretnych wyjazdach, nie wiem więc, ilu z nich było tam na wakacjach za granicą, a ilu zwyczajnie miało akurat wolny dzień. Wszystkie niższe funkcie pełnili Azjaci. Nie spotkałam białasa wykonującego jakąkolwiek pracę fizyczną. Podążając do świątyni przejechaliśmy się najdłuższymi ruchomymi schodami na świecie. Uchodzą za swoistą atrakcję, pokonują ogromną różnicę poziomów, bo HK zdecydowanie nie jest płaski. Tak naprawdę, nie są to jedne schody, jak sobie wyobrażałam, ale ciągi ruchomych chodników i schodów, między którymi trzeba przechodzić. Dzięki temu nie trzeba pokonywać całych, tylko wsiada i wysiada się gdzie komu wygodnie. Czasem trzeba przejśc przez ulicę, czasemkawałek wspiąć się zwykłymi schodami. Kursują one tylko w jednym kierunku. Nas wwoziły. O którejś godzinie zmieniają bieg i tylko zwożą. Mrówka zafascynowany, bo on lubi takie techniczne zabawy. Wysiadłszy odnaleźliśmy małą i klimatyczna, przepełnioną dymem kadziedeł świątynkę, wciśniętą między wysokie bloki mieszkalne. Zapaliliśmy kadzidełko za udaną podróż i żeby z małym było wszystko w porządku. Jak zwykle w buddyjskich miejscach kultu podobało mi się, lubię tę atmosferę. Niedaleko, na uliczce, która była polecana pprzez przewodnik, a niczym specjalnym się aż nie wyróżniała, skusiłam się na bardzo zabawny zegarek. Wygląda, jakby miał sto lat i pasuje do mnie, ma charakter. Nie wiem jeszcze, jak będę go nosić, bo nie jest na rękę, taka kulka, szklana, w środku widać mechanizm, wszystko na metalowym pałączku, razem jakieś 2 cm. średnicy. Można by na szyi, albo na bransoletce. Może przy breloczku? Potem poszliśmy do miłej knajpki, którą wypatrzyliśmy jadąc schodami. Wzdłóż nich są, wg mnie, najfajniejsze lokaliki w HK. Tam i tylko tam warto posiedzieć. Sporo turystów, małe lokaliki z atmosferą. Nie tanio, ale też nie przerażająco, jak w miejscu, o którym za chwilę. Z knajpki udaliśmy się do dolnej stacji kolejki wjeżdżającej na Wzgórze Wiktorii. Pogubiliśmy się zupełnie. Rzeczywistość nijak się miała nie tylko do mapy, ale nawet do gpsa. Zaczęliśmy się wspinać pod górę, białe matki odbierające dzieci ze szkoły i odprowadzające je do luksusowych wieżowców z basenami starały się nam pomóc, ale na niewiele to pomagało, bo znajdowaliśmy się w ogóle poza mapą. W końcu zeszliśmy i trafilliśmy do miłego parku pomieszanego z zoo i ogrodem botanicznym oraz placem zabaw, wstęp wolny. Jakaś enklawa przyrody w tym dusznym i zaspalinowanym mieście szkła i cyny. Stamtąd już prosto było trafić do kolejki. To jest cały przemysł, masówka, jak wszystko w HK. Kolejka jedzie po szynach, bardzo stromo. Jeździ bardzo często, przerób, jak w sieczkarni. Co do biletów, to zauważyłam pewną prawidłowość - cena usługi podstawowej podawana jest w cenniku zawsze jako ostatnia, czy gdzieś tam z boku, a na pierwszych miejscach, wytłuszczonym drukiem biją w oczy droższe bilety, których nabycie upoważnia do korzystania z dodatkowych atrakcji. To standart i trzeba zwracać na to uwagę. W tym przypadku bilet na kolejkę w obie stony kosztował bodaj 45 HK$, a z dodatkową atrakcją w postaci wstępu na platformę widokową 56. Z racji braku konkretnych danych, jak to wszystko na górze wygląda zdecydowaliśmy się na droższą opcję i nie było warto. Z ogólniedostępnych miejsc był równie dobry widok. Zmarzłam tam. Wiało, jak to na wzgórzu i był to wiatr nieprzyjemnie zimny. Chodziłam w kurtce, ale i tam. Ogólnie pogoda w HK była mniej atrakcyjna, niż można się było spodziewać. Jestem zmarźlakiem, chodziłam w rajstopach i górskich spodniach, na górę nakładałam koszulkę, ale zawsze na podorędziu miałam jeszcze cienki polar. Na wgórzu na to górska kurtka. Powietrze lepkie, parne, pełne spalin, duszne. Nie byłoby zdrowo tam mieszkać. Po zjeździe kolejką - nie muszę dodawać, że szczyt wzgórza był jednym wieklim sklepem, prawda? - przeszliśmy matrixami, malami, hotelami, kładkami, ruchomymi chodnikami, między wieżowcami i porzez nie na przystań i przeprawiliśmy się do naszego Tsim Sha Tshui i rozsiedliśmy się na nadbrzeżu w oczekiwaniu na pokaz światło - dźwięk, który odbywa się codziennie o 20. Jest to rozreklamowana kupa, która nie robi większego wrażenia, znaczy tak: jest bezpłatna, więc jeśli ktoś byłby akurat w tym czasie i w tym miejscu, jasne, że oprze się o barierkę i przez chwilę popatrzy, ale specjalnie na to przychodzić, czy czekać, nie warto. 15 minut migania świateł i laserów, ale, może ponieważ robią to dzień w dzień, nie wysilają się na coś spektakularnego, bo to niosłoby za sobą wyższe koszty. 20.01. przeszliśmy przez bardzo fajne bazary i pojechaliśmy koleją na Nowe Terytoria do ? (sprawdzę potem), ponieważ w pzewodniku napisano, że jest tam muzeum kolei, a Mrówka uwielbia takie. Jeśli o mnie chodzi, to tego dnia najchętniej robiłabym nic. Długo mitrężyła czas w pokoju piłując paznokcie, a potem powłóczyła się po bazarach. Bo generalnie w HK nie ma tylu atrakcji, żeby się spinać. Skoro jednak Mrówce zależało na tym muzeum, a, niestety, nie uznaje on takiej opcji, że ja robię swoje, on swoje, tylko konicznie muszę się z nim wlec do każdej zapadłej dziury. Mówi, że chce spędzać cały czas ze mną, ponieważ ma go ogónie mało i nie po to gdzieś się ze mną wybiera, żeby. OK, najpierw były te ciekawe bazary. Wyszliśmy z hotelu o 10tej, więc ten z rzeczami dla kobiet, bo oni tam mają tematycznie, doiero się rozkładał, co było ciekawe do podglądania samo w sobie. Bazar rybek akwariowych ciupinkę szokujący, bo wisiały na stijakach od razu w małych torebkach. Takie - zpłać i weź. Tylko tam, w całym HK, widziałam koty. Myślę że żywiły się resztkami. I tak było ich tylko kilka i małych. Może je tam tępią? Psów też spotkaliśmy tylko parę, zawsze z właścicielami, wipieszczone, obróżki, kamizelki etc. WyglAda na to, że nie są tam czymś wszechobecnym. Wymyśliłam, że może jest wysoki podatek za posiadanie takich zwierząt, a wszystkie bezpańskie natychmiast się tępi. Przy ich obsesji czystości... Bazar kwiatów oczywiście miły, acz w takiej kupie traciły one często swój urok. Masówka. Za to ciekawe były bukiety naturalnych kwiatów ułożone i opakowane tak, że małżonek gotów był się założyć, że są sztuczne. Wyglądały jak ten kicz, który w Polsce stawia, czy kładzie się na grobach, jeśli komuś nie chce się często zaglądać na cmentarz. Bazar ptaków uroczy. Mały, ale z klimatem. Te wszystkie fikuśne klatki i ich drący się, trzepoczący mieszkańcy. Co nie zmienia faktu, że widok kilku stojących na sobie klatek pełnych ptaków robi dość dziwne wrażenie, znaczy, chce się dzwonić do obrońców praw zwierząt. Ale to Azja, obce strony, trzeba się zdytansować, inaczej zwali się na głowę cała i jak potem się podnieść? W miejscowości z muzeum kolei nie było nic. Stacyjka, ta do zwiedzania, okryta płachtami, bo w remoncie. W środku dwie, czy trzy małe lokomotywy, jeden wagon z lat 50tych. Dla nowoczesnego HK to może historia. My jeździliśmy takimi w Indiach. Nie było gdzie pójść na obiad, czy kawę. Kupiłam sobie za 20 zł. Kamizelkę z polaru, bo dawno szukałam, ale w Decathlonie były dla mnie za drogie. Mrówka nabył owoce, tańsze niż w centrum. Bo te miasta przechodzą jedno w drugie, worząc aglomerację, jak Śląsk. Zwiedziliśmy małą świątynię, bo była po drodze. Nic szczególnego, ale lubimy takie. W Tajlandii wierni ofiarowali bóstwom jedzenie, ale tu było to posunięte dużo dalej. Wyglądało na to, że ludzie przynoszą całe swoje obiady. Dołożyłam do tego cukierek, który został mi z samolotu. Standartowo, za Habuchnę i podróż. Po powrocie chcieliśmy iść coś zjeść, ale nic z tego nie wyszło, nie mogliśmy się dogadać. Wreszcie trafiliśmy na uroczą uliczkę, która jest oznaczona jako atrakcja turystyczna na mapach Kowloonu. Taki trochę inny świat, lokale jeden przy drugim, nastawione na białasów, bardzo, bardzo drogo, amimo to trudno o miejsce. Przeszliśmy ją dwa razy, wybraliśmy w końcu knajpkę z jedzeniem, na jakie mieliśmy ochotę, bo są tam do wyboru wszelki kuchnie, znaleźliśmy stolik z sensem, położono nam serwetki na kolanach, podano menu, spojrzeliśmy na ceny i, niestety, musieliśmy dokonać ewakuacji. 50 zł. za spaghetti? To wyszłoby z napojami ze 150 za skromny, jednodaniowy posiłek dla dwojga. W Azji. Przesada. 21.01. wymeldowaliśmy się z hotelu i przez matrixowy podziemny i nadziemny technoświat poszliśmy do metra, którym przejechaliśmy na wysepkę Lantau, tą samą, na której leży lotnisko. Opis w przewodniku zakrawał na kpinę, nie było więc wiadomo jak się tam obrócić. Ze zdjęć znalezionych w necie wiedziałam, że buddyjski klasztor na wzgórzu i Wielki Budda przy nim, prezentują się niezwykle sympatycznie i tak na azymut postanowiliśmy pojechać. Kierowaliśmy się za tłumem, wychodząc z założenia, że stado wie, dokąd zmierza. Faktycznie. Tłum, który wylał się z metra podążył ku kolejce do kolejki gondolowej wwożącej na szczyt. Stanęliśmy w niej i my. Lekko zdezorientowani, bo, po pierwsze, naganiacze delikatnie próbowali namawiać nas na autokarowe wycieczki po atrakcjach wyspy, po drugie, bo gondole sunęły po tak dziwnej trajektorii, że trudno było stwierdzić, na które właściwie wzgórze sie wspinają, po trzecie, bo cennik znów zawierał różne dziwne pozycje. Zdecydowaliśmy się na opcję podstawową, to znaczy nie kryształową gondolę (przeszklona podłoga), nie kabinę dla dwojga (bzykanie?; influenza?), tylko normalną. Ponieważ był dzień roboczy, tłumek nie przerażał, szło szybko. Obsługa sprawnie dosadzała turystów, na przykład nas wyciągnęli z kolejki pytając, czy jesteśmy tylko we dwoje, bo mieli dwa miejsca, a przed nami czekały same wieloosobowe rodziny. W szczycie do kabiny wchodzi chyba 16 osób, miejsc siedzących jest osiem, reszta stoi jak w tramwaju i trzyma się drążka. Potem widoki i przeskakiwanie od jednego wzgórza do drugiego, pod skosem, zygzakami. To to, co tak dziwnie wyglądało, z dolnej stacji. Kolejka jedzie przez pół godziny, Buddę górującego nad okolicą widać dopiero pod koniec. To ogromnie przyjemne miejsce. Jest przewiew, prawdziwie czyste powietrze, Żadnego smogu. Zamiast na drapacze chmur można popatrzeć na wzgórza, kwiaty, zatoki. Autogusy podjeżdżają na parking, ale dalej nic nie jeździ, strefa piesza, więc cicho. Butiki z badziewiem, sztuczne drzewo ze sztucznymi liśćmi i sztucznymi pomarańczami, naprawdę. Dalej jest droga do Budy i do klasztoru. Gdyby ktoś się spieszył, w dwadzieścia minut od wyjścia z gondoli obszedłby teren. Oczywiście byłby to absolutnie bez sensu, tam się odpoczywa i nabiera energii. Mrówk miał tak, że od chwili wyjazdu z rancza ludzie go nie widzieli, potrącali, przechodzili przez niego. To się zdarza, kiedy człowiek ma bardzo mało energii, niby jest, a jak przezroczysty. Kiedy zaczęliśmy wspinać się po schodach do posągu zdziwiony i zadowolony zauważył, że wreszcie zostaje dostrzegany, omijany. Z chwili na chwilę robiło nam się tam corz przyjemniej, zwyczajnie dobrze. Bo HK nie jest dobry. Ten matrix, to lepkie powietrze, źle. Podejście do Buddy i kręgu postaci składających mu ofiary jest bezpłatne, za specjalnym biletem można wejść na jego wyższy poziom, nie wiem po co. Wszędzie sprzedawane są kupony na posiłek do wielkiej wegetariańskiej restauracji mieszczącej się przy klasztorze. Jest tam też teren piknikowy z zakazem spożywania mięsa. Świątynia kolorowa. Można robić zdjęcia, co w innych było zabronione. Są szlaki piesze na sąsiednie wzgórza, do drugiego klasztoru, ale byliśmy z plecakami (Mrówka nosił duży, ja mały, ale i tak wcale go nie kochałam), więc daliśmy sobie spokój z wędrowaniem. Siedzieliśmy na ławce, grzaliśmy się w słońcu, słuchaliśmy ommowych zaśpiewów, wdychaliśmy zapach kadzideł. Przed zjazdem zaszliśmy do knajpki na piwo/colę. Na dole, między stacją kolejki, a stacją metra są terminale autobusowe. Tam wsiediśmy w autobus jadący na lotnisko. Nie ma z tym żadnego problemu. Jeżdżą często, można im zaufać. Na lotnisku znów przejazd pociągiem z hali jednej do drugiej. Przed wejściem na pokład samolotu była jeszcze jedna, nadmiarowa kontrola bagażu i odbierano wodę, którą kupili w strefie wolnocłowej. Kosztowała tyle, że niedoczekanie, wypiliśmy na miejscu. Interesujące, że w żołądku wolno ją przewieźć, powinni wszystkim robić przymusową lewatywę, dopiero to miałoby sens. Kiedy przylecieliśmy do HK, zmierzono nam temperaturę czujnik wyłapywał ludzi z gorączką, a obsługa w maskach pilnowała, żeby taki chory nie uciekł. Ciekawe, czy od razu go polewano benzyną i palono wraz z bagażem, czy spisywano najpierw dane osobowe, żeby przynajmniej powiadomić jego ambasadę. Przy opuszczaniu HK już tego nie było, chory, nie chory, wisi nam to, skoro wyjeżdżasz, będziesz zarażał gdzie indziej. Generalnie, w HK panuje poważna panika związana ze swine influenza. Co krok na ulicach, w sklepach, w hotelach, wszędzie, znajdują się dozowniki z żelem odkażającym. Przywykłam do nich szybko i pomysł, żeby je zamontować wszędzie indziej, uważam za bardzo dobry. Chorzy poruszają się w maskach, ci, którzy pracują mimo choroby, nakładają także rękawiczki. Serwis sprzątający, czyli połowa rdzennej ludności HK obowiązkowo w maskach. Anonimowi.
mignona 2010-01-28 03:33:38

Archiwum zostało zamknięte na głucho, uprzejmie proszę nie pisać w sprawie hasła
Free Image Hosting at www.ImageShack.us Free Image Hosting at www.ImageShack.us Free Image Hosting at www.ImageShack.us Free Image Hosting at www.ImageShack.us Free Image Hosting at www.ImageShack.us Free Image Hosting at www.ImageShack.us Free Image Hosting at www.ImageShack.us Free Image Hosting at www.ImageShack.us Free Image Hosting at www.ImageShack.us Free Image Hosting at www.ImageShack.us