| mignonablog |
|
2009 listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień ![]() |
10'C „Witajcie, koledzy!” woła Habibi do jedzenia, które mu przynoszę. Generalnie je, acz tylko to, na co ma ochotę. Powiedzmy, dziesięć jest takich potraw, nie więcej. Próbuję podawać nowości, ale jest oporny. Dziś zjadł pół łyżeczki soczewicy, jak na niego, postęp, bo przynajmniej nie pluł na sam widok. Niedawno miał taką fazę, że przez trzy dni nie jadł prawie nic. Jeden dzień jego postu przetrzymuję już bez bólu, przywykłam, wiem, że następnego nadrobi, ale tu były takie trzy. Matka ósemki dzieci nawet by nie zauważyła, chodzi, działa, nie skarży się, zdrowy jest, znaczy, że w porządku, ale ja mam jedno, więc się przejmuję. Trzeciego dnia nerwy miałam już napięte do granic. Dania pieczołowicie przyrządzane, potem pięć razy odgrzewane, wyrzucałam do kosza, nowe spotykało ze strony potomka wielkie „nie” i zrzut na podłogę, uroczo. Żeby nie uszkodzić syna, na luzie oglądającego w tym czasie JimJam i nieświadomego mojego stanu, znokautowałam czajnik. Mam wyrzut, bo naprawdę działał jak trzeba i nic mi nie zrobił, przekierowałam tylko na niego złość. Okazało się, że rozwaliłam go dokumentnie i w związku tym czuję nieusatysfakcjonowanie, ponieważ skoro tak, mogłam się na nim wyżyć porządnie, a nie tłuc jeszcze zawzięcie łopatką w patelnię (bardzo o dziwo - obie przeżyły). Potem wzięłam xanax. Czyli musiałam najpierw się trochę wyładować, żeby przez czerwoną mgłę w ogóle do mnie dotarło, że, zamiast się wściekać, mogę zadziałać chemią. Czwartego dnia dzieciak łaskawie zjadł obiad, hrabiątko cholerne, a ja, czekając, aż małżonek zrobi zakupy, gotuję wodę na herbatę w garnku. Z drugiego bieguna: - Kto robi najlepsze zupy na świecie? – Spytałam młodego, pewna odpowiedzi. - Mama. Właśnie zajadał się zupą, którą przygotowałam, ale i tak byłam bardzo zdziwiona: - Nie babcia D.? Zastanowił się krótko i wydał bezapelacyjny osąd: - Mama. Urosłam z wrażenia, ale i tak teraz wciąż mu wmawiam, że jednak babcia. Dla niej to ważne. *** Ostatnio między Mrówką, a mną, lepiej się układa. Nie kłócimy się, a nawet okazujemy sobie sympatię. Według mnie zmieniło się jego nastawienie, reakcje, stał się bardziej zrównoważony, stonowany, ma większą samokontrolę oraz okazuje mi więcej szacunku, słowem, nie strzela fochów i nie warczy (a ja z ulgą to przyjmuję i nie odgrywam się na nim, bo po co). Zwróciłam mu uwagę na tę pozytywną zmianę, pochwaliłam, powiedziałam, że doceniam. Odparł, że nie zauważa tego. Być może zmniejszyła mu się ilość stresów, ale generalnie nie podoba mu się, że tak to widzę i jeszcze mówię mu o tym, ponieważ to godzi w niego sprzed ostatnio, a jest zdania, że nie zachowywał się nagannie etc. W jego ocenie pozostaje stale taki sam. Jakby zachowanie było tylko ubraniem – do czarnej roboty nakłada się gorsze, a po jej zakończeniu przebiera się w fajne ciuchy. Nie wiem. Faktem jest, że sama, odkąd dziecko wyczerpuje całą moją cierpliwość, nie jestem tak miła, jak kiedyś, ale uważam, że, jak we wszystkim, są pewne granice. OK, trzymajmy się faktów. Dostaję kwiaty. Jak za starych czasów, kiedy nasze życie seksualne istniało, albo kiedy jeszcze miał na nie nadzieję. Dlaczego tak brutalnie sprowadzam jedno do drugiego? Ponieważ kiedyś, zapytany, dlaczego nie robi mi już miłych niespodzianek, odpowiedział wprost, że bawimy się jak damy, a jak nie damy, to się nie bawimy. A teraz nagle róże i inne goździki się ścielą, „Bo ty się z nich tak fajnie cieszysz”. Jak zawsze, spróbowałam sięgnąć po więcej. Wg niego to jedna z moich głównych wad, ja oczywiście uważam ją za zaletę. Rzecz na pozór banalna, czyli zdjęcia. W naszym stadle kość niezgody i wieczny, o ile czas, od którego mamy cyfrówkę, można nazwać wiecznością, problem. Umiem obrabiać zdjęcia, wklejać je na blog, wysyłać, ale nie potrafię skopiować ich z karty na dysk. Ktoś, czyli on, musi zrobić to za mnie. Proszę miesiącami, latami. Naprawdę. Czasem robię awanturę, czasem skamlę. Jest zapracowany, jasne, ale znajduje czas na inne rzeczy, takie, które lubi, natomiast tego nie lubi, więc nie zajmuje się tym, kropka. Kilka razy nadmienił, że nie po to kupił mi komputer, jako zapychacz czasu, żebym nadal zawracała mu głowę. Nie, nie mogę iść z kartą do Fotojokera, Mediamarktu, czy gdzie tam, bo muszę najpierw zdjęcia w spokoju poprzeglądać na dużym ekranie, pokadrować, pokasować zbędne, zdecydować ile odbitek którego potrzebuję. Usłyszawszy o tym, Ania za oferowała mi pomoc, ale, zanim zdecydowałam się ją obarczyć, podjęłam ostatnią próbę nakłonienia małżonka do. I proszz. Fanfary. Po ledwo kolejnych dwóch tygodniach przypominania o sprawie, udało mi się dopiąć swego. Pozgrywał je z różnych miejsc na jedną tożsamość, obrobiłam, zgrał na płytę i właśnie pojechał zawieźć. Wielki sukces. Na skalę roku. Nie piszę o tym z samego powodu zdjęć, tylko, ponieważ jest to największy dowód na to, jak mu się poprawiło. Zaangażował się także sprawę prezentów gwiazdkowych. Sądziłam, że będę to załatwiać sama. Musiałam go powiadomić, co chcę kupić, ponieważ uważam, że nie fair byłoby samej lekko dysponować pieniędzmi, skoro to setki złotych. W końcu nie pokupuję ludziom kubków, skarpet, ani soli do kąpieli, bez przesady. I zaskoczenie – sam się za to zabrał. Autentycznie trwam w lekkim stuporze. Bardzo miłym, rzecz jasna. Mam nadzieję, że ta zmiana w Mrówce naprawdę ma związek ze sprawami zawodowymi. ***
Dzwoniłam do teściowej, żeby spytać, jakie audiobooki ma mrówcza babcia. Jak wiemy, jest prawie niewidoma, ma zakaz wykonywania większości czynności domowych, żeby nie uszkodziła siebie, albo czegoś nie popsuła i, jak większość starszych osób, cierpi na bezsenność. Słuchanie książek stanowi więc dla niej jedną nielicznych dostępnych rozrywek i ona bardzo to lubi. - Czemu, nudzi się przy dłuższych? - Nie. Kupiłam „Trylogię”, ”Chłopów” i słuchała tego po kilka godzin dziennie. Nie mogłam jej oderwać. Zabrałam, próbowałam wydzielać, ale wciąż było: „Włącz mi, chcę wysłuchać do końca.”. - A to źle, bo? - Kondycja fizyczna jej spadła. Nie chodziła, tylko siedziała i słuchała, potem miałam wielki problem, żeby ją rozruszać. Wiem, że mrówcza mama chce dobrze. Pewnie gerontolodzy by jej przyklasnęli. Ostro pilnuje, co babcia je, co pije, kontroluje każdy jej krok, komenderuje. Najpewniej bez takiego pruskiego porządku staruszka już dawno powiększyłaby grono aniołków. Z drugiej jednak strony, włos mi się jeży i małżonkowi tak samo. Odebrać babince jedyną dostępną radość i zabijacz nudy? Wydaje mi się, że wolałabym żyć krócej, ale po swojemu. Moja matka zawsze powtarzała, że nie wyobraża sobie, że mogłaby mieszkać na starość z dziećmi, że to dla niej dramat i lepszy już dom starców. Może bez skrajności, jak pisałam ostatnio, są łagodniejsze opcje, ale ma rację. Trzeba zachować niezależność. No, chyba że dopada rozmiękczenie mózgu. Ciekawe, czy można wyłapać, że się zapada na Alzheimera, żeby w porę skoczyć z mostu. Ps. Mrówka dzwoni z mala: "W jakim humorze planujesz być w najbliższym czasie? Bo nie wiem, kupić drogi czajnik, czy tani?" ;-) mignona 2009-11-19 16:54:38 Połowinki Rychło w czas uprzytomniłam sobie, że zapomniałam o swoich połowinkach. A tak mi zależało, żeby je obejść. Dawno ustaliłam sama z sobą, że dożyję spokojnie siedemdziesiątego piątego roku życia, który uważany jest za przełomowy. Od niego zaczyna się gerontologia, geriatria i ogólnie osoba zostaje uznana za starą. Niech się cieszy, że nie szczeka. Póki co. Jeśli uda mi się dłużej, fajnie, ale będę to uważała za bonusgratis i darowanego konia. A te siedemdziesiąt pięć mam zamiar mieć. Taki sobie śmieszny plan na życie. I właśnie tej jesieni stuknęła połowa. Pamiętałam o niej, planowałam obchody, a potem zajęłam się nie wiem czym i nagle jest po. To takie smutne. Te połowinki obchodziły mnie bardziej, niż zwykłe urodziny (wszak mam je co roku) oraz niż wszystkie inne rocznice i święta, a gdy przyszło co do czego, zakręcona w pieluchy, placki oraz „Bolka i Lolka”… Przepadło. W Hortulusie; wrzesień 2009 ![]() mignona 2009-11-13 20:53:46 Kosz „Zdarzyła mi się taka sytuacja – uczennica skończyła lekcje i wychodziła ze szkoły. Chłopak na nią czekał. Przechodząc mimo zapytałem: „A dokąd to się wybierasz, Karolinko?”. Ona mi na to: „A co to pana obchodzi?” Poszła, a ja, po pierwsze, zadzwoniłem do jej matki. Powiedziałem, że chcę poinformować, iż Karolinka nie wróci bezpośrednio po lekcjach do domu. Matka na to: „A, tak, bo ona ma mecz.”. Ja: „Otóż mecz, owszem, odbywa się w szkole, ale Karolinki na nim nie ma, wyszła bowiem z jakimś mężczyzną. Nie mogłem jej zatrzymać, ale uznałem, że powinienem panią powiadomić.” i nawijałem o tym mężczyźnie siejąc grozę, chociaż wiedziałem, że to taki Kazek z pierwszej klasy zawodówki. Matka zaniepokojona: „To ja do niej zaraz zadzwonię…”, na co wszedłem w słowo: „Może pani zadzwonić, ale nie wiem, czy nie usłyszy pani tego, co ja, że co to panią obchodzi.”. Następnego dnia dziewczynka czekała skruszona przed gabinetem nauczycielskim, ale ja, rzecz jasna, minąłem ją nie zaszczycając spojrzeniem. Zadzwonił dzwonek, wyszedłem, podskoczyła w lansadach, że chciałaby przeprosić. Ja na to, że nie mam czasu, spieszę się. Potem miałem lekcję z jej klasą. Panienka czekała przy biurku, ale kazałem jej usiąść i rzekłem: „Dziś się pobawimy. Będę czytał listę obecności, a wy, zamiast odpowiadać „jestem”, czy „obecny”, będziecie mówili „a co to pana obchodzi””. Wyczytałem nazwisko pierwszego ucznia, a ten nic. Spytałem, czemu się nie zgłasza, jak kazałem. On na to, że nie może, ponieważ uważa, że to nieuprzejme. No to odpowiedziałem: „Skoro nie odpowiadasz, wpisuję ci nieobecność.”. I tak leciałem z listy. Po lekcji wreszcie dałem się przeprosić. Od tamtej pory co jakiś czas wplatam zwrot „a co cię to obchodzi”. Tylko na lekcjach Karolinki, oczywiście. Przed pierwszym listopada potrzebowałem ochotników do oczyszczenia grobu patrona szkoły. Jako jedną osób wybrałem Karolinkę, aż pokraśniała z radości, że wiesz, wraca do łask.” Skomentowałam krótko, że jest straszliwą i bezlitosną suką, oraz że subiektywnie go popieram, bo wiemy, jak łatwo skończyć z kubłem od śmieci na głowie, a obiektywnie, muszę zgłosić oficjalny sprzeciw. Mówi, że kiedy słyszy w pokoju nauczycielskim debaty na temat sposobów wychowania młodzieży, panowania nad grupą, szkoleń, poradników etc., chce mu się śmiać. Wg niego najlepiej sprawdza się kop w tyłek, byle uczeń wiedział, za co go dostał. Mówi, że panie z grona wyrażają nieustanne oburzenie, że jak tak można, że skazy na psychice dziecka etc. Kiedyś, w ramach demo, zawołał jednego z podopiecznych: „Jacek, dostałeś ode mnie kopa?” „A bo to raz?” niefrasobliwie odpowiedział uczeń. Twierdzi, że to działa, ponieważ jest śmieszne, wszak nie uszkadza ich fizycznie. Ośmiesza przed grupą, a, ponieważ R. jest lubiany i akceptowany, oni chcą być lubiani i akceptowani przez niego. Ten, kto dostał kop, nie jest bohaterem, tylko przedmiotem pokpiwań klasy. Tu wchodzimy w teorię mojej teściowej, całe życie nauczycielki, acz brak danych, czy dobrej, która tłumaczy: „Nie wygrasz z klasą, jako tłumem. Ich jest trzydzieścioro, ty sama. Ale wybierz jednego, największego rozrabiakę, klasowy autorytet i go ośmiesz, zgnój, zeszmać, zrób z niego zero, przeciągnij po ławkach. Postaw go nagle naprzeciw grupy, spowoduj, że zrozumie, że jest sam, nie ma poparcia, wtedy go masz. A do innych dotrze, że mogliby być na jego miejscu, stać się pośmiewiskiem, to ich powstrzyma.” Żeby zadziałać w ten sposób, trzeba mieć plan A, plan B i zimną krew, to jasne. Mrówka często opowiada historyjkę, która zdarzyła się, gdy był w podstawówce. Do jego klasy chodził urwipołeć, utrapienie dla nauczycieli, nie lubili go. Pewnego dnia jedna z nauczycielek, według listy w dzienniku, wywoływała wszystkich do odpowiedzi. Po imieniu. Kiedy doszła do niego, a było to pod koniec, żeby otwarcie okazać mu niechęć i negatywnie wyróżnić, zwróciła się do niego po nazwisku. Chłopak się zdenerwował. Wstał i wypalił: „Woźniak, Woźniak, co to ma być, nalepka na kondoma?”. Tylne ławki, pełne chłopaków – rechot, przednie ławki, zasiedlone przez grzeczne dziewczynki – głucha cisza, pani spiekła buraka i wybiegła z sali. Po chwili wróciła. Tematu, w żadnym sensie (reperkusji, uwagi w dzienniczku, czy wezwania do dyrektora), nie było, bo w sumie na jakiej podstawie. Słowem, spektakularna, pseudowychowawcza porażka. Wiem, że, kiedy przyjdzie wysłać Habibi do szkoły, nauczyciele nie będą mieli lekkiego życia z Mrówką i ze mną. Mamy mnóstwo złych wspomnień. Sensowni nauczyciele zdarzali nam się wyjątkowo rzadko, o kimś w rodzaju mentorów, wychowawców, już nawet nie wspominając, za to walenie głową dziecka o tablicę, złośliwości i szykany, były na porządku dziennym. Przypuszczalnie, gdyby R. zadzwonił do mnie z takim tekstem, jak do tamtej matki, usłyszałby to, co policjant, który meldował mojej matce o jakichś niby niecnych postępkach mojego brata: „Proszę pana, cokolwiek robi mój syn, ma moje poparcie.”. Oczywiście, nie zawsze będę tak myśleć, bez przesady, ale przypuszczam, że wyjdę z pozycji, że to nasz wspólny wróg i wara komukolwiek od niego, a z synem policzę się w domu. mignona 2009-11-13 16:12:50 |
Archiwum zostało zamknięte na głucho, uprzejmie proszę nie pisać w sprawie hasła
|